17.12.2023, 17:36 ✶
Miałby dostać za to w mordę? Przyjąłby ten cios jak król, gdyby tylko wrócili do tej niezdrowej, ale dającej mu poczucie stabilności relacji ciągniętej odkąd wrócił do Fantasmagorii.
- Nie lubię, jak o mnie słuchasz. Boję się, że jak mnie zobaczysz takim, jakim ja widzę siebie to... to wszystko się skończy. - Wciąż tkwił w tym samym myśleniu, w którym utknął cztery lata temu - jak coś się wydarzy, to już się nie wróci do stanu poprzedniego, nic już ich nie uratuje. Tam już była tylko śmierć. Będą tylko stali na gruzie tego, co ich kiedyś łączyło - Alexander będzie takim samym słodko-gorzkim wspomnieniem jak ona. Tylko czasu już najwyraźniej nie dało się zatrzymywać. Jego sielanka się kończyła. To był koniec. I to był dopiero kryzys - to, że czekał go ten koniec i najwyraźniej był bliżej niż dalej. I on to bardzo, ale to bardzo szybko łapał. To kompletne uwielbienie sprzed chwili przestawało mieć znaczenie, bo jego brat przełączył mu tryb i dało się to zauważyć w spojrzeniu, które pociemniało momentalnie. Stał się znów tym Flynnem żyjącym pod ciężarem ogromnego wstydu, tym pędzącym w kierunku najgorszych możliwych scenariuszy. Nawet się z tym specjalnie nie krył - od razu wpakował palce do ust, nerwowo przygryzając paznokcie.
Ta próba porównania się do Fontaine bolała. Bo on nie kłamał ani nie żartował - nie bycie nią było jedną z jego największych zalet. Jasne, że o tym nie mówił otwarcie, kto by się otwarcie przyznał do bycia przez tę swoją wspaniałą miłość życia regularnie krzywdzonym? Na pewno nie on duszący się od wszystko, co przekraczało jego niezrozumiałe dla innych granice.
- Gdyby nie zatraciła się w czarnej magii, to po prostu bym tam dalej siedział z innymi jej szczurami, a dla ciebie był mglistym wspomnieniem z dzieciństwa, ale... nie żyjemy już w świecie - to się już przecież stało, permanentnie, było nieodwracalne jak wszystko, co opuszczało usta, jak każda urzeczywistniona myśl - w którym ona kiedykolwiek będzie mnie kochała. - Głos mu się trochę załamał, ale już po sekundzie mówił coraz głośniej, wyraźnie zirytowany. - Degradacji duszy nie da się cofnąć, wolała to ode mnie, chociaż mnie stąd zabrała kiedy miałem jakieś piętnaście kurwa lat. Więc jaki sens ma to gdybanie? Nie wrócę do niej, obiecałem ci to przecie-
Złapał się za twarz, zasłaniając oczy. Ale bardziej niż za tę twarz chciał sięgnąć głęboko w siebie - chciał chwycić słowa, zanurzyć dłonie głęboko w zamętach swojego mózgu, próbując przypomnieć sobie, jak łączy się litery, jak sylaby tworzą dźwięki i stają się podstawą ludzkiej komunikacji. Tylko to wszystko było takie bezużyteczne. On nie miał tam nic. Miał tylko falę nieskończonych łez spływających po policzkach, przyspieszone tętno, ale nie od tego, od czego chciał je przyspieszyć.
Betonowe buty. Kamień przywiązany do szyi. I znowu powoli tonął.
- Kurwa. - Uderzył pięścią w poduszkę. Powiedział to tak niewyraźnie, że sam tego nie zrozumiał. Tę butelkę odebrał od niego tylko po to, żeby pierdolnąć nią z całej siły o swoją kurtkę, jakby nie mógł odłożyć jej tam w normalny sposób. Ten strach był trochę zasadny - bo Flynn naprawdę wciąż ją kochał, nie potrafił przestać o tym myśleć, romantyzował ją do granic możliwości, ale to wcale nie dlatego, że Alexandra nie kochał i nie wyciągał go na piedestał - po prostu nie potrafił odpuścić sobie nieobecnej kochanki, poczucie straty dominowało jego życie i on tą stratą żył cały czas. Utratą jej - w przeszłości. Utratą jego - w przyszłości. Nigdzie nie było tu i teraz, bo już drugi raz odtrącił jego rękę, błagalne spojrzenie. Odrzucił nawet werbalną prośbę o bliskość. Więc teraźniejszość dla niego nie istniała, nawet jeżeli bardzo chciał, żeby istniała. Normalnie tego nie lubił - poczucia bycia przez kogoś zdominowanym, oddania mu się w całości, ale teraz oddałby naprawdę wiele za to, żeby zostać dociśniętym do tego materaca, oddać się tej przyjemności i uczuciu bycia chcianym, a nie przeżerającej go teraz pustce odtrącenia.
- Wiedziałem, żeby ci o tym nie mówić, jakbym ci nigdy tego kurwa nie powiedział, to byłoby lepiej - mówił, podnosząc się z tego łóżka do siadu, kładąc nogi na podłodze. To nie były ładne słowa. To była jakaś plątanina niewyraźnych dźwięków, tak samo koślawa jak jego odręczne pismo. Jakiś ostatni zryw świadomości, zanim gardło odmówiło mu posłuszeństwa już całkowicie, ale dla niego to akurat dobrze, jako że dokończyć to chciał równie szorstkim - a więc to twoje „pokocham cię każdego” tak naprawdę gówno znaczyło, bo tak się na to w tych kilkanaście sekund nakręcił, że coraz mocniej rozważał swój ostateczny koniec, gdyby ta historia miała skończyć się bardziej dramatycznie, niż wcześniej zakładał.
- Nie lubię, jak o mnie słuchasz. Boję się, że jak mnie zobaczysz takim, jakim ja widzę siebie to... to wszystko się skończy. - Wciąż tkwił w tym samym myśleniu, w którym utknął cztery lata temu - jak coś się wydarzy, to już się nie wróci do stanu poprzedniego, nic już ich nie uratuje. Tam już była tylko śmierć. Będą tylko stali na gruzie tego, co ich kiedyś łączyło - Alexander będzie takim samym słodko-gorzkim wspomnieniem jak ona. Tylko czasu już najwyraźniej nie dało się zatrzymywać. Jego sielanka się kończyła. To był koniec. I to był dopiero kryzys - to, że czekał go ten koniec i najwyraźniej był bliżej niż dalej. I on to bardzo, ale to bardzo szybko łapał. To kompletne uwielbienie sprzed chwili przestawało mieć znaczenie, bo jego brat przełączył mu tryb i dało się to zauważyć w spojrzeniu, które pociemniało momentalnie. Stał się znów tym Flynnem żyjącym pod ciężarem ogromnego wstydu, tym pędzącym w kierunku najgorszych możliwych scenariuszy. Nawet się z tym specjalnie nie krył - od razu wpakował palce do ust, nerwowo przygryzając paznokcie.
Ta próba porównania się do Fontaine bolała. Bo on nie kłamał ani nie żartował - nie bycie nią było jedną z jego największych zalet. Jasne, że o tym nie mówił otwarcie, kto by się otwarcie przyznał do bycia przez tę swoją wspaniałą miłość życia regularnie krzywdzonym? Na pewno nie on duszący się od wszystko, co przekraczało jego niezrozumiałe dla innych granice.
- Gdyby nie zatraciła się w czarnej magii, to po prostu bym tam dalej siedział z innymi jej szczurami, a dla ciebie był mglistym wspomnieniem z dzieciństwa, ale... nie żyjemy już w świecie - to się już przecież stało, permanentnie, było nieodwracalne jak wszystko, co opuszczało usta, jak każda urzeczywistniona myśl - w którym ona kiedykolwiek będzie mnie kochała. - Głos mu się trochę załamał, ale już po sekundzie mówił coraz głośniej, wyraźnie zirytowany. - Degradacji duszy nie da się cofnąć, wolała to ode mnie, chociaż mnie stąd zabrała kiedy miałem jakieś piętnaście kurwa lat. Więc jaki sens ma to gdybanie? Nie wrócę do niej, obiecałem ci to przecie-
Złapał się za twarz, zasłaniając oczy. Ale bardziej niż za tę twarz chciał sięgnąć głęboko w siebie - chciał chwycić słowa, zanurzyć dłonie głęboko w zamętach swojego mózgu, próbując przypomnieć sobie, jak łączy się litery, jak sylaby tworzą dźwięki i stają się podstawą ludzkiej komunikacji. Tylko to wszystko było takie bezużyteczne. On nie miał tam nic. Miał tylko falę nieskończonych łez spływających po policzkach, przyspieszone tętno, ale nie od tego, od czego chciał je przyspieszyć.
Betonowe buty. Kamień przywiązany do szyi. I znowu powoli tonął.
- Kurwa. - Uderzył pięścią w poduszkę. Powiedział to tak niewyraźnie, że sam tego nie zrozumiał. Tę butelkę odebrał od niego tylko po to, żeby pierdolnąć nią z całej siły o swoją kurtkę, jakby nie mógł odłożyć jej tam w normalny sposób. Ten strach był trochę zasadny - bo Flynn naprawdę wciąż ją kochał, nie potrafił przestać o tym myśleć, romantyzował ją do granic możliwości, ale to wcale nie dlatego, że Alexandra nie kochał i nie wyciągał go na piedestał - po prostu nie potrafił odpuścić sobie nieobecnej kochanki, poczucie straty dominowało jego życie i on tą stratą żył cały czas. Utratą jej - w przeszłości. Utratą jego - w przyszłości. Nigdzie nie było tu i teraz, bo już drugi raz odtrącił jego rękę, błagalne spojrzenie. Odrzucił nawet werbalną prośbę o bliskość. Więc teraźniejszość dla niego nie istniała, nawet jeżeli bardzo chciał, żeby istniała. Normalnie tego nie lubił - poczucia bycia przez kogoś zdominowanym, oddania mu się w całości, ale teraz oddałby naprawdę wiele za to, żeby zostać dociśniętym do tego materaca, oddać się tej przyjemności i uczuciu bycia chcianym, a nie przeżerającej go teraz pustce odtrącenia.
- Wiedziałem, żeby ci o tym nie mówić, jakbym ci nigdy tego kurwa nie powiedział, to byłoby lepiej - mówił, podnosząc się z tego łóżka do siadu, kładąc nogi na podłodze. To nie były ładne słowa. To była jakaś plątanina niewyraźnych dźwięków, tak samo koślawa jak jego odręczne pismo. Jakiś ostatni zryw świadomości, zanim gardło odmówiło mu posłuszeństwa już całkowicie, ale dla niego to akurat dobrze, jako że dokończyć to chciał równie szorstkim - a więc to twoje „pokocham cię każdego” tak naprawdę gówno znaczyło, bo tak się na to w tych kilkanaście sekund nakręcił, że coraz mocniej rozważał swój ostateczny koniec, gdyby ta historia miała skończyć się bardziej dramatycznie, niż wcześniej zakładał.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.