To jak z kotami: kiedy schowają się za przeszkodą i nie widzą swojej ofiary, myślą, że ich też wcale nie widać. Lecz to, że się odwrócisz i nie widzisz tych drzwi… przecież nie znikną. Tak jak ten temat i problem – to nie żadna magia. Można było się oszukiwać, udawać, że nie ma o czym mówić… Ale to, że szybko biegasz, że zostawiłeś to wszystko daleko za sobą, w tyle, nie znaczy, że cię w końcu kiedyś nie dogoni. Kiedy spoczniesz na laurach, zapomnisz… Ach!
Czy to paranoja, Bratku?
To zwycięzca pisze historię i prawdę, nigdy przegrany. Więc z pewnej perspektywy nie ważne kto zwycięży – ten kto to zrobi, zarysuje swoją prawdę przed światem. A świat ulegnie; uwierzy, albo nie, ale ulegnie. A czy ty, Laurencie, ulegałeś? Czy poddawałeś się jak trzcina, przy bardzo dużym wietrze? Czy łamałeś jak wielki i mocny dąb?
A może już dawno powinieneś powziąć ostrożność. Przecież atak na początku czerwca nie był przypadkowy… Może zdołałeś siebie o tym przekonać przez znak, jaki ujrzałeś wcześniej: żałosny śpiew lelka wróżebnika. Potem kolejny atak, we śnie, później jeszcze jeden… Czy zacząłeś w końcu uważać…?
Czy widzisz te szpony, które się pomału zaciskają na szyi? A może ciągle myślisz, że możesz uciec?
– Masz pozdrowienia od twojego starego przyjaciela, może jeszcze o nim pamiętasz… Lukrecjo – odparł spokojnie, dotrzymując kroku Laurentowi, który postanowił chwilę temu już skierować się do wyjścia ze stajni. Zaś teczkę, do niego wyciągniętą, przyjął, chociaż wcale nie zaczął jej oglądać. Był skupiony na Laurencie i na jego reakcjach.– Masz rację, rób z tą damą co chcesz, to nie jest moja sprawa. Przejęcie jej pieniędzy mogłoby ci wyjść nawet na korzyść, miałbyś z czego oddać, pokryć odsetki… i nawet jeszcze zostałoby coś dla ciebie. Wie pan, jak bardzo ten dług urósł przez cztery lata, panie Prewett? – mruknięcie przeszło w lekki syk.