17.12.2023, 20:28 ✶
Nie zamierzałem sprzeczać się z Ojcem na temat potencjalnego rozmawiania z mugolami. Nie spieszyło mi się do tego, nie byłem ich fanem ani nikim podobnym, byli mi jak najbardziej obojętni, więc... Sam traktowałem to jako ostateczność, szczególnie że z rozmowy z mugolem było rzut beretem do otrzymania plakietki ich sprzymierzeńca, a tego akurat bym nie chciał, szczególnie w oczach Ojca, więc przyjąłem te jego słowa z kiwnięciem głowy, ugodą, bez żadnego sprzeciwu, mimo że punkt, w który się wpatrywałem, okazał się być tylko drzewami. Ułożyły się jakoś tak... pomyślnie. Trudno. Choć łudziłem się, że trochę zabłysnę w oczach rodziciela.
- Co dokładnie, Ojcze, chcesz tam zakupić? - zapytałem, bo coś wspominał o tym sklepie przy śniadaniu, ale konkretne szczegóły nie były mi znane. Albo nie przyswoiłem odpowiednio jego słów poprzez zamyślanie, albo wcale nie padły. Miałem nadzieję, że jednak to drugie, bo nie chciałem wyjść na ignoranta, tylko podtrzymać rozmowę, żeby nie było tak tego stresu wylewającego się ze mnie widać. Zwykle chodziłem prosto, sztywno, chcąc uchodzić za pełnego klasy, ale jednak teraz było ze mną trochę inaczej, bo nie mogłem patrzeć na Ojca z góry. Tak się nie godziło, poza tym nie byłem elokwentnie nastawiony do towarzystwa, tylko... Jak na załączonym obrazku.
Niestety, jakikolwiek fason nie był mi dany, dobre imię, nic kompletnie, bo usłyszałem wpierw to złowieszcze chrumkanie, nim je zobaczyłem. Trzy wstrętne, grube świnie. Owłosione w sposób, którego nie chciałem oglądać, ale jednak ujrzałem. To, co się zobaczyło, tego nie dało się odzobaczyć. Przeszedł mnie paskudny dreszcz i nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że przystanąłem. Ba!, wrosłem w ziemię, nie potrafiąc zrobić kroku chociażby w tył. Zbladłem, obsypałem się gęsią skórką, przełknąłem z trudem ślinę, jak gdyby mogły tu zaraz podbiec i mnie zeżreć albo - co gorsza - się do mnie przytulić. W głowie mi huczało, robiło mi się słabo, kiedy wpatrywałem się w te małe, czarne, bezdenne oczka świń.
- Ta-- - zacząłem, ale nie byłem w stanie z siebie więcej wykrzesać. Brakowało mi tchu, brakowało mi wszystkiego, w głowie miałem tylko te świnie. Owłosione, różowe, całe w błocie, bezdusznie chrumkające i tylko czyhające by mnie znieważyć, zaatakować, cokolwiek.
Nie miałem różdżki. Gdzie miałem różdżkę. Dlaczego jej nigdzie nie było - myślałem aż nazbyt intensywnie, stojąc nieruchomo i zapominając o tym, że umiałem swobodnie w magię bezróżdżkową albo że znajdowałem się w częściowo mugolskim miasteczku. I czy one były zamknięte? Z pewnością mogły stamtąd wyjść!
Robiło mi się duszno, za gorąco. Czy coś ostudzi te emocje, odwróci uwagę od nieuchronnej śmierci?
!pęknięcia
- Co dokładnie, Ojcze, chcesz tam zakupić? - zapytałem, bo coś wspominał o tym sklepie przy śniadaniu, ale konkretne szczegóły nie były mi znane. Albo nie przyswoiłem odpowiednio jego słów poprzez zamyślanie, albo wcale nie padły. Miałem nadzieję, że jednak to drugie, bo nie chciałem wyjść na ignoranta, tylko podtrzymać rozmowę, żeby nie było tak tego stresu wylewającego się ze mnie widać. Zwykle chodziłem prosto, sztywno, chcąc uchodzić za pełnego klasy, ale jednak teraz było ze mną trochę inaczej, bo nie mogłem patrzeć na Ojca z góry. Tak się nie godziło, poza tym nie byłem elokwentnie nastawiony do towarzystwa, tylko... Jak na załączonym obrazku.
Niestety, jakikolwiek fason nie był mi dany, dobre imię, nic kompletnie, bo usłyszałem wpierw to złowieszcze chrumkanie, nim je zobaczyłem. Trzy wstrętne, grube świnie. Owłosione w sposób, którego nie chciałem oglądać, ale jednak ujrzałem. To, co się zobaczyło, tego nie dało się odzobaczyć. Przeszedł mnie paskudny dreszcz i nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że przystanąłem. Ba!, wrosłem w ziemię, nie potrafiąc zrobić kroku chociażby w tył. Zbladłem, obsypałem się gęsią skórką, przełknąłem z trudem ślinę, jak gdyby mogły tu zaraz podbiec i mnie zeżreć albo - co gorsza - się do mnie przytulić. W głowie mi huczało, robiło mi się słabo, kiedy wpatrywałem się w te małe, czarne, bezdenne oczka świń.
- Ta-- - zacząłem, ale nie byłem w stanie z siebie więcej wykrzesać. Brakowało mi tchu, brakowało mi wszystkiego, w głowie miałem tylko te świnie. Owłosione, różowe, całe w błocie, bezdusznie chrumkające i tylko czyhające by mnie znieważyć, zaatakować, cokolwiek.
Nie miałem różdżki. Gdzie miałem różdżkę. Dlaczego jej nigdzie nie było - myślałem aż nazbyt intensywnie, stojąc nieruchomo i zapominając o tym, że umiałem swobodnie w magię bezróżdżkową albo że znajdowałem się w częściowo mugolskim miasteczku. I czy one były zamknięte? Z pewnością mogły stamtąd wyjść!
Robiło mi się duszno, za gorąco. Czy coś ostudzi te emocje, odwróci uwagę od nieuchronnej śmierci?
!pęknięcia