Czy więc było to zakochanie od pierwszego wejrzenia? Kilku minut znajomości, ledwie kilkunastu… może kilkudziesięciu wymienionych zdań, ale na pewno mniej nić trzydziestu. Szybciutko się zakochiwałeś, Laurencie. Za szybko. Nie wiedząc nawet, czy ta druga strona ma dobre intencje, czy może jednak patrzy tylko na swoją korzyść i swój interes? Można by odnieść wrażenie, że to był najwyższy czas czegoś się już nauczyć. Nie tonąć w tym obezwładniającym zapachu, który miał coś maskować, nie zasłuchiwać się w tonie głosu, który nie niósł sobą nic dobrego, nie myśleć o szarości obojętnych oczu.
Kiedy Laurent zrobił krok w tył, Kieran zrobił krok w przód, by dystans pomiędzy nimi wciąż był taki sam, ale bardziej nie próbował go zmniejszyć, pozwalając Laurentowi zachować swoją przestrzeń osobistą. Spoglądał na niego tylko – zblazowany, jakby naprawdę wszystko mu było jedno, czy Laurent się tym wszystkim przejmie, czy nie. Czy przejdzie zaraz przedwczesny zawał… czy nie. Stał i patrzył, kiedy blondyn łapczywie łapał powietrze, kiedy jego ciało leciuteńko drżało, jak ta osika na wietrze. Dawał mu czas i nie mówił nic, kiedy panika i przerażenie wzięły nad Laurentem górę. Ale tak po prawdzie… To czy musiał robić i mówić coś więcej? Zdaje się, że uzyskał swój efekt, a może nawet przerósł jego oczekiwania?
Czy blefował, czy nie… Czy Laurent miał odwagę się o tym przekonać? Ile z tego, co powiedział Kieran było w ogóle prawdą? Czy miał na imię Kieran? A na nazwisko Avery? Czy naprawdę mu się tutaj, w New Forest podobało, czy abraksany kojarzyły mu się z wolnością, a umaszczenie tamtej klaczy – czy naprawdę uważał je za wzięte z samych głębin? A może faktycznie Laurent dobrze odczytał intencje, że to było powiedziane do niego. O nim. Syrenka z dna morza, mm? Tu było tak wiele drugiego, trzeciego, a nawet dziesiątego dna, że Laurent na pewno będzie miał się nad czym zastanawiać. Teraz jednak chyba nie był do tego zdolny.
– Jak mówiłem, to będzie dobry początek. A co więcej… Cóż. Zobaczymy – zobaczymy. Bo co więcej, to już mu powiedział – niech mu nie przychodzi do głowy latanie z tym do BUMu i aurorów… Ostatnim razem narobiło to ogromnego bałaganu. – Widzę, że nie czuje się pan zbyt dobrze, więc nie będę zabierać panu więcej czasu. Proszę sobie odpocząć… wczorajsza noc naprawdę musiała być ciężka. Przejrzę sobie pana teczkę, dziękuję bardzo za jej przygotowanie i za poświęcony dzisiaj czas. Będziemy w kontakcie… – mruknął, patrząc na Laurenta nieco z góry, gdy ten tak oddawał ciężar swojego ciała konstrukcji, o którą się opierał. – Proszę się nie przejmować, znajdę drogę do wyjścia – zapewnił go i poprawił tę złożoną marynarkę na swoim przedramieniu. – Do zobaczenia, panie Prewett – kiwnął przyjaźnie do Laurenta głową i skierował się do wyjścia ze stajni.
Po chwili zniknął ten jego mocny zapach wody kolońskiej, który miał ukryć swąd papierosów.