Jak wiele niewiadomych czekało na ich rozwiązanie? Najwyraźniej dużo. Wszystkie rzeczy, jakich się dowiadywali może i odpowiadały na podstawowe pytania, ale w gruncie rzeczy generowało pięć kolejnych – i tak… nigdy się nie kończyły. Im dalej w las, tym więcej drzew, tak to właśnie wyglądało. I to takich dorodnych drzew, a nie małych sadzonek, co to ledwo od ziemi odbiły. Victoria przyglądała się Mavelle, nawet przestała na chwilę gryźć makaronika, którego sobie porwała w pierwszej kolejności. Słuchała i… chyba docierało to do niej gdzieś z boku. Patrzyła na Bones swoimi dużymi, ciemnymi oczami o kształcie migdałów… Jeśli się wyczerpie to umrzemy. Jeśli spróbujemy w Samhain to też będzie ryzyko.
– Czyli krótko mówiąc… śmierć albo śmierć i mała szansa na powodzenie? – zapytała wprost, chociaż właściwie nie musiała. Czuła to od dawna. Czuła, że jej czas jest policzony, że nie wie nawet, czy to Limbo jej nie zabije i czy będzie tutaj za rok. A jednak… nadal było to zaskoczenie. Tylko nie aż tak wielkie jak mogłoby być. – Tak, nic nadzwyczajnego… – odpowiedziała i odłożyła na talerzyk kawałek makaronika, żeby sięgnąć po filiżankę. Dłoń delikatnie jej zadrżała, ale był to ułamek sekundy… nic wielkiego.
Nic nadzwyczajnego. Żywi nie wchodzą do Limbo, a tym bardziej z niego nie wychodzą. Oni… byli jakimś kompletnym wybrykiem natury, musiał być w tym jakiś haczyk; no i oto on.
– Moja babcia powiedziała, że straciliśmy energię, która była częścią nas i musieliśmy ją zastąpić czymś innym. To też pasuje do tego, czego się dowiedziałyście – odparła po chwili zastanowienia i napiła się kawy. Gorzkiej i czarnej – a pijała taką z mlekiem, czasem z cukrem. Teraz jednak zaaferowana całkowicie o tym zapomniała i szybko odłożyła filiżankę, na nowo interesując się niedojedzonym wcześniej makaronikiem.
– Różni się? W sensie… ojej. Może… – Victoria zawiesiła się na moment. – A co jeśli… Słuchaj. Co jeśli my tę energie zastąpiliśmy tamtymi? Ich… ich energią? – ta myśl sprawiła, że Victorię aż wykręciło i nawet tego nie ukryła. Tego obrzydzenia. Doskonale pamiętała, ze do ich trójki podeszły trzy postaci i mówili coś do nich. Jej babcia, jej wspomnienia. Ciągle pamiętała wrażenie nienasyconego głodu i strachu ofiary. – Może to dlatego Atreusa musieli wyciągać kapłani. Bo on nie wziął tej energii… Może mu jakąś wcisnęli oni? – guzik się na tym znała, ale to jedyne co przychodziło jej do głowy. – Byłam w kowenie. Co prawda nie rozmawiałam z Arcykapłanką, a z jedną z kapłanek… nie sądziłam, że to ważne, ale opowiadała mi o Beltane i Samhain. I granicy rozmytej i cienkiej. Takie tam teorie… Może faktycznie trzeba pytać Arcykapłankę…