18.12.2023, 23:32 ✶
Edge... Crow... Flynn... Kim on do cholery był? Czy to miało jeszcze jakiekolwiek znaczenie? Ten mały człowiek, któremu ponad trzydzieści lat temu ktoś nadał wyjątkowo staromodne i nijak do niego niepasujące imię Fleamont znów zakrył twarz dłońmi i załkał. Minęło kilka długich sekund, było mu tak koszmarnie zimno, tak źle i to wszystko było tak bezsensowne. No bo skoro go kochał, to czemu?
Kilka sekund później zaczęło się przedstawienie. Każdy, kto miał okazję zetknąć się z nim w najgorszej jego formie, uważał to za przerażające, ale jednocześnie fascynujące. Umysł upstrzony milionami świecących gwiazd, każda z nich walczyła o uwagę, o największy udział. Jego dusza była piękna, ale dla właściciela to piękno było przytłaczające - gdy wszechświat zawarty w tym jednym, małym sercu zaczynał się powoli kręcić, a on znowu czuł się nietrzeźwy. Gdy wszystko się przesuwa, zmienia, ewoluuje, rośnie, porusza się, blaknie, zanika, umiera.
To jest naprawdę brutalne. To brutalny widok i brutalne uczucie.
- Powiedziałeś mi, że polubisz mnie każdego, że mogę mówić ci o wszystkim, że mogę tutaj zostać, a teraz nagle po czterech latach przypomniałeś sobie, że miałem jakieś inne życie, że myślę w inny sposób?! - Krzyczał, ale wciąż siedząc na łóżku, zgarbiony, nie potrafiąc się podnieść. - Jesteś cholernym kłamcą.
Wszystko płynie.
Nic nie jest niezmienne.
Nic nie jest bezpieczne.
Tam na końcu wszyscy odchodzą.
Alexander też odchodzi. O wiele szybciej niż Flynn to podejrzewał. Nie przetrwał nawet jednej z najprostszych prób, jakie miało wymierzyć mu życie.
Czasami stan bezgranicznej paniki, w jaki wpadał, przychodził stopniowo. To było jak taki długi, powolny, stopniowy wschód słońca - jasność pokonująca ciemność w swoim delikatnym, nieśmiałym tempie. Takie ataki były miękkie. Rozkwitało powoli, ujmowało za serce, świat stawał się coraz wyraźniejszy, ostrzejszy, nabierał wymiarów. Nabierał też kantów, ostrych krawędzi, one doprowadzały go do szału, ale potrafił to jakoś znieść, jakoś sobie z tym poradzić.
Ale czasami...
- Byłem przez chwilę taki szczęśliwy na tym łóżku, a ty...
...czasami to jest jak przełącznik. To światło pojawia się nagle. Jest jak światło neonu wiszącego nad klubem nocnym, zimne i jakieś takie jaskrawe, chociaż nie rozumie czym różni się od jakiegokolwiek innego światła - wszystkie zdają się być skalą jednej szarości, a jednak niektóre o wiele bardziej kłują go w oczy. Ale to nie ważne, tu nie chodzi o kolory o ich brak - tu chodziło o nagłość, o to jak to światło było bestialskie, jak karało za patrzenie na nie i musiałeś szybko zamknąć oczy, błądzić po omacku. Kiedy znów patrzył na swoje ręce, stał naprzeciwko biurka, z którego zrzucił tonę papierów, prawdopodobnie w szale agresji. Dokumentacja, nad którą pracował Alexander leżała na podłodze. On oddychał ciężko, znowu hiperwentylował, więc musiał zasłonić usta dłońmi zawiniętymi w koszyczek. Wciąż płakał, ale twarz miał już jakąś zimną, te łzy wydawały mu się być jakieś piekielnie obojętne.
Nie rozejrzał się nigdzie, nie spojrzał się na Alexandra, zignorował go całkowicie. Pospiesznie założył spodnie, chwycił za leżącą na półce czekoladę, wysypał ją na podłogę i zabrał samo sreberko, w które była zawinięta. Następnie podniósł z podłogi swoją kurtkę i wyszedł. Nie ulegało żadnej wątpliwości, że poszedł się naćpać.
Kilka sekund później zaczęło się przedstawienie. Każdy, kto miał okazję zetknąć się z nim w najgorszej jego formie, uważał to za przerażające, ale jednocześnie fascynujące. Umysł upstrzony milionami świecących gwiazd, każda z nich walczyła o uwagę, o największy udział. Jego dusza była piękna, ale dla właściciela to piękno było przytłaczające - gdy wszechświat zawarty w tym jednym, małym sercu zaczynał się powoli kręcić, a on znowu czuł się nietrzeźwy. Gdy wszystko się przesuwa, zmienia, ewoluuje, rośnie, porusza się, blaknie, zanika, umiera.
To jest naprawdę brutalne. To brutalny widok i brutalne uczucie.
- Powiedziałeś mi, że polubisz mnie każdego, że mogę mówić ci o wszystkim, że mogę tutaj zostać, a teraz nagle po czterech latach przypomniałeś sobie, że miałem jakieś inne życie, że myślę w inny sposób?! - Krzyczał, ale wciąż siedząc na łóżku, zgarbiony, nie potrafiąc się podnieść. - Jesteś cholernym kłamcą.
Wszystko płynie.
Nic nie jest niezmienne.
Nic nie jest bezpieczne.
Tam na końcu wszyscy odchodzą.
Alexander też odchodzi. O wiele szybciej niż Flynn to podejrzewał. Nie przetrwał nawet jednej z najprostszych prób, jakie miało wymierzyć mu życie.
Czasami stan bezgranicznej paniki, w jaki wpadał, przychodził stopniowo. To było jak taki długi, powolny, stopniowy wschód słońca - jasność pokonująca ciemność w swoim delikatnym, nieśmiałym tempie. Takie ataki były miękkie. Rozkwitało powoli, ujmowało za serce, świat stawał się coraz wyraźniejszy, ostrzejszy, nabierał wymiarów. Nabierał też kantów, ostrych krawędzi, one doprowadzały go do szału, ale potrafił to jakoś znieść, jakoś sobie z tym poradzić.
Ale czasami...
- Byłem przez chwilę taki szczęśliwy na tym łóżku, a ty...
...czasami to jest jak przełącznik. To światło pojawia się nagle. Jest jak światło neonu wiszącego nad klubem nocnym, zimne i jakieś takie jaskrawe, chociaż nie rozumie czym różni się od jakiegokolwiek innego światła - wszystkie zdają się być skalą jednej szarości, a jednak niektóre o wiele bardziej kłują go w oczy. Ale to nie ważne, tu nie chodzi o kolory o ich brak - tu chodziło o nagłość, o to jak to światło było bestialskie, jak karało za patrzenie na nie i musiałeś szybko zamknąć oczy, błądzić po omacku. Kiedy znów patrzył na swoje ręce, stał naprzeciwko biurka, z którego zrzucił tonę papierów, prawdopodobnie w szale agresji. Dokumentacja, nad którą pracował Alexander leżała na podłodze. On oddychał ciężko, znowu hiperwentylował, więc musiał zasłonić usta dłońmi zawiniętymi w koszyczek. Wciąż płakał, ale twarz miał już jakąś zimną, te łzy wydawały mu się być jakieś piekielnie obojętne.
Nie rozejrzał się nigdzie, nie spojrzał się na Alexandra, zignorował go całkowicie. Pospiesznie założył spodnie, chwycił za leżącą na półce czekoladę, wysypał ją na podłogę i zabrał samo sreberko, w które była zawinięta. Następnie podniósł z podłogi swoją kurtkę i wyszedł. Nie ulegało żadnej wątpliwości, że poszedł się naćpać.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
Luka w pamieci