Wyjął z kieszeni chusteczkę i wytarł skrupulatnie tę farbę, która trafiła na jego skórę, aby następnie rzucić chłoszczyć na swoje ubranie, co było nieco ryzykowne bez pewnej ręki, bo chociaż zaklęcie czyszczące pięknie usuwało wszelkiego rodzaju mazie, a on by się spierał, że farba właśnie tym jest, to gdy trafiło na istotę żywą, wywoływało pianę na ustach i puszczanie baniek mydlanych. Bardzo nieprzyjemne i upokarzające.
Morpheus miał szczęście, lub nieszczęście, zależy kogo zapytać, aby znajdować się jedną nogą w starszym pokoleniu, a drugą w młodszym. Przez to żadne z dzieci jego rodzeństwa nie mówiło do niego wujku po skończeniu lat siedmiu, a po imieniu, co znacząco skracało dystans w relacjach pomiędzy nimi, a jednocześnie po imieniu mówili sobie z rodzicami tychże dzieci i najmłodszy syn Godryka miał dostęp do planów, a także decyzyjny głos w wielu sprawach tak zwanych dorosłych. Oczywiście, z czasem waga tego malała, bo dzieci dorastały, nadal jednakowoż nosił w sobie klucz dostępu do narzekań rodziców na swoje pociechy.
Nie inaczej było z matką Erika.
— Nie. Kontempluję wschodzące maciejki. — Z ust kogoś innego zabrzmiałoby to ironicznie, złośliwie, jakby rzeczywiście szedł na spotkanie i Erik zadał głupie pytanie. W przypadku Morpheusa zaś całkiem możliwe i prawdziwie. Często siadywał w dziwnym miejscu i patrzył na dziwne rzeczy. Zdarzało się, że zimą patrzył na uśpiony ogród i mówił nieobecnym głosem, że ten zarósł, a zapytany o to później, odpowiadał szczerze zaskoczony, że nie ma pojęcia, o czym jest mowa.
— Malwa i ojciec — mówił oczywiście o Godryku — za bardzo was rozpieszczają. Machaj, machaj, potraktuj to jak ćwiczenie tych swoich muskułów. Wniosę o przepustkę z Azkabanu dla ciebie.
Morpheus dźgnął wyciągniętym palcem przedramię Erika, jakby rzeczywiści sprawdzał, jakie mięśnie kryją się pod czerwonym kombinezonem i skórą. W przeciwieństwie do znakomitej części Longbottomów, starszy z dwójki strażników schnącej farby na płocie, wieszcz raczej stronił od aktywności fizycznej i daleko mu do wysportowania prezentowanego przez resztę. Mógł się nawet pokusić o stwierdzenie, że jego ojciec w podeszłym wieku jest dużo sprawniejszy, a na pewno wytrzymalszy, niż on sam. Ktoś musiał tutaj myśleć i Morpheus podjął się tego nieszczęsnego zadania.
— Nigdy nie spędziłem tyle czasu na słońcu podczas pracy, to nienaturalne. Ty za to wyglądasz, jakbyś wychodził tylko po nocach. Mam rację?
Wyciągnął papierosa z paczki, wysunął drugiego, zaproponował Erikowi, zapalając tego pierwszego od różdżki. Zaciągnął się przyjemnie kołtunami dymu, pozwalając im zagościć się w jego płucach i wymalować przyszłość w dymie. Może dlatego często zamykał oczy, gdy wydychał. Nie chciał widzieć znaków, nie o sobie czy ogólnikowych omenów, groteskowych ułud. W Erika za to patrzył aż zbyt nachalnie, jakby szukał czegoś w jego przyszłości. Po prawdzie szukał.
Robię jasnowidzenie na Erika
Slaby sukces...