19.12.2023, 18:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.12.2023, 18:52 przez Florence Bulstrode.)
Wojna nie zawsze zaczynała się od wielkich wybuchów i tysięcy żołnierzy, przekraczających bezprawnie granicę. Czasem nadchodziła powoli - drobne kamyczki, powodujące lawinę.
Czy Ci, którzy czytali o zamachu w Sarajewie, spodziewali się, do czego to doprowadzi?
Wojna, to słowo nie gościło jeszcze ani na ustach Florence, ani w jej umyśle. Miała użyć go dopiero całe miesiące później, po Beltane, gdy opatrywała rannych w namiocie medyków, wtedy już bez wątpliwości, że wojna trwa i że zaczęła się właśnie w listopadzie 1970. Ale tu i teraz nawet jej oczy jasnowidzki nie patrzyły tak daleko.
- Zapraszam - powiedziała, ruszając do salonu, nie trzymałaby przecież gościa w progu, żadnego, a już na pewno nie współpracownika ojca i członka nienaruszalnej dwudziestki ósemki. Pewne maniery były dla niej równie naturalne, jak oddychanie. To było pomieszczenie z gatunku tych, jakie Morpheus pewnie wielokrotnie w życiu już widział: znamionujące zamożność właścicieli, ale i niczym specjalnie się nie wyróżniające. Uporządkowane bardzo starannie, tak że wszystko było tu niemal jak pod linijkę, zupełnie inaczej niż w jego własnym domu zapewne – to była wspólna przestrzeń, a Florence nie znosiła nieporządku. Uwidoczniało się to nawet w jej stroju, skromnym i nie rzucającym się w oczy, ale w którym każdy element dobrany był do innych.
– Dziękuję, to rzeczywiście spokojny wieczór. Napije się pan czegoś? Kawy, herbaty? – poprosiła. Nie pytała, co to za przesyłka i dlaczego ma dostarczyć ją do rąk własnych. Życie pod jednym dachem z dwojgiem Niewymownych nauczyło tego Florence już bardzo dawno: nie zadaje się zbyt wielu pytań. Nawet matka miała problemy z wyciągnięciem z ojca pewnych rzeczy, kiedy ten mówić nie chciał.
Poza tym czy naprawdę interesowały ją sekrety czasu, przestrzeni i mózgów?
A jeżeli szło o sekrety przyszłości, to w jeden taki spojrzała odruchowo, próbując przewidzieć tę odpowiedź, to czego chciał, czego zamierzał się napić – jeżeli nie tu, to po powrocie do domu – jak zwykła była dość często robić przy rodzinie.
- …zamordowani czarodziej i mugolka byli małżeństwem od kilkunastu lat i mieszkali na przedmieściach Londynu. Co doradziłby pan innym rodzinom, potencjalnie narażonym na atak?
Czy Ci, którzy czytali o zamachu w Sarajewie, spodziewali się, do czego to doprowadzi?
Wojna, to słowo nie gościło jeszcze ani na ustach Florence, ani w jej umyśle. Miała użyć go dopiero całe miesiące później, po Beltane, gdy opatrywała rannych w namiocie medyków, wtedy już bez wątpliwości, że wojna trwa i że zaczęła się właśnie w listopadzie 1970. Ale tu i teraz nawet jej oczy jasnowidzki nie patrzyły tak daleko.
- Zapraszam - powiedziała, ruszając do salonu, nie trzymałaby przecież gościa w progu, żadnego, a już na pewno nie współpracownika ojca i członka nienaruszalnej dwudziestki ósemki. Pewne maniery były dla niej równie naturalne, jak oddychanie. To było pomieszczenie z gatunku tych, jakie Morpheus pewnie wielokrotnie w życiu już widział: znamionujące zamożność właścicieli, ale i niczym specjalnie się nie wyróżniające. Uporządkowane bardzo starannie, tak że wszystko było tu niemal jak pod linijkę, zupełnie inaczej niż w jego własnym domu zapewne – to była wspólna przestrzeń, a Florence nie znosiła nieporządku. Uwidoczniało się to nawet w jej stroju, skromnym i nie rzucającym się w oczy, ale w którym każdy element dobrany był do innych.
– Dziękuję, to rzeczywiście spokojny wieczór. Napije się pan czegoś? Kawy, herbaty? – poprosiła. Nie pytała, co to za przesyłka i dlaczego ma dostarczyć ją do rąk własnych. Życie pod jednym dachem z dwojgiem Niewymownych nauczyło tego Florence już bardzo dawno: nie zadaje się zbyt wielu pytań. Nawet matka miała problemy z wyciągnięciem z ojca pewnych rzeczy, kiedy ten mówić nie chciał.
Poza tym czy naprawdę interesowały ją sekrety czasu, przestrzeni i mózgów?
A jeżeli szło o sekrety przyszłości, to w jeden taki spojrzała odruchowo, próbując przewidzieć tę odpowiedź, to czego chciał, czego zamierzał się napić – jeżeli nie tu, to po powrocie do domu – jak zwykła była dość często robić przy rodzinie.
- …zamordowani czarodziej i mugolka byli małżeństwem od kilkunastu lat i mieszkali na przedmieściach Londynu. Co doradziłby pan innym rodzinom, potencjalnie narażonym na atak?