Guinevere nie przebywała tyle czasu z Letą, by mieć świadomość, jak bardzo odbiło jej na punkcie Jamila (który zresztą coś jej tam mruczał kiedyś, że to Nell wpadła mu w oko… więc może powinna zwrócić uwagę, ze cos tutaj jest mocno nie tak, skoro nagl;e zaczął spoglądać w kierunku kogoś innego? A może jednak nie było w tym nic nadzwyczajnego – tak założyła Ginny), nie była więc tak zirytowana jak Cathal czy Bagshot, i na pewno nie ustawiałaby się w żadnej kolejce by klątwołamaczkę uciszyć… Ale umówmy się – nawet gdyby to wiedziała, to i tak miała by to głęboko w poważaniu, to w końcu ich sprawa. Pewnie by się tylko uśmiechała, zaczepiłaby to tu, to tam… Podszczypnęłaby i poszła w swoją stronę, nie czyniąc żadnych świńskich żartów czy kawałów, bo jednak nie chciała nikomu sprawiać przykrości. Teraz zaś robiła właśnie to: uśmiechała się pod nosem i pchała kij w mrowisko najwyraźniej, choć nie miała świadomości istnienia żadnych ostrzegawczych znaków. Ani właściwie niczego, bo pytanie i wyjaśnienie Lety było dla niej całkowicie sensowne.
– Mogę wam pomóc z zaklęciem zmniejszająco-zwiększającym, jeśli jest taka potrzeba, Nell – powiedziała niewinnie odnośnie tego łóżka z baldachimem, najwyraźniej świetnie się bawiąc. W końcu jeśli chodziło o transmutację, to było mało rzeczy, z którymi mogłaby mieć jakiś duży problem.
– Aha, a jednak rzucał? Cathal, mówiłeś, że spudłowałam – powiedziała z wyrzutem, bo trzy dni temu rozmawiali na temat Jamila i skorpiona… I Cathal jej polecił, by zapytała Anwara albo… Nell. – Odpowiadając na pytanie… No to zdarzyło się, ale niekoniecznie skorpionem. Koleżanek w karty nigdy nie przegrał, bo zwykle to zakładał się o pieniądze, a Uagadou nie jest na terenie pustynnym, więc wtedy się z żadnej wydmy nie zwalał – odpowiedziała Nell uprzejmie na wszystkie pytania, ubawiona tak, jakby ktoś przyniósł jej jakiś prezent bez okazji. Widać to było po błysku w tych… kocich… oczach. – Ile razy... hmm… Co najmniej raz na miesiąc, opiekun załamywał ręce, bo jak coś się działo, to zawsze było pytanie czy to znowu Anwar. Ale miał taką serię któregoś tygodnia, że lądował na dywaniku chyba każdego dnia. Wyglądał po tym jak… jak to się u was mówi… coś z psem. No że wyglądał jak nieszczęście? Smutny był – stwierdziła w końcu, bo jednak część powiedzonek czasami ciągle była dla niej nowa, nawet jeśli władała angielskim perfekcyjnie.
– Cathal, możesz też sam w nie wejść, wtedy też się pozbędziesz problemu trójki gadających bab – dorzuciła Ginny z tyłu pochodu. – Nie wygłupiajcie się i usuńcie te… to… te szatańskie macki – oczywiście, że przekręciła, ale byłą pewna, że i tak zrozumieją o co chodzi. A że trzy kobiety sobie po drodze pogadają… Przecież to ich wcale nie odrywało od pracy!