Zakręcił naczyniem, aby wydobyć resztę wilgoci z liści, które pływały na dnie, trzymając podane naczynie od góry, samymi końcówkami długich palców.
— Może. — Uniósł spojrzenie na nią, odpowiadając z nieco zadziorną miną kogoś, kto wie więcej i wypił kilka kropel herbaty Septimy. Przełknął tę odrobinę, która jeszcze wypłynęła, zupełnie jakby to była jego filiżanka z kawą i przez ten czas nie spuszczał wzroku z kobiety, bardziej obserwując ją, niż to co robiła z różdżką. W końcu między ustami, a brzegiem pucharu wiele wydarzyć się może, a wróżył właśnie dla niej.
Było kilka sytuacji, gdy zamiast prawdy o tym, co przeczytał, obchodził się naokoło z wieściami. Zwłaszcza, gdy zobaczył coś nagłego, tragicznego i nie do uniknięcia. Z pewnych powodów też nie wróżył nigdy ciężarnym. Nie chciał o tym mówić jednak w tym momencie, nie myślał nawet o nim, przedkładając ponad wszystko inne przyszłość panny Olivander.
Wywrócił filiżankę na dłoni do góry dnem, postukał trzykrotnie w denko i obrócił ją uszkiem trzykrotnie zgodnie ze wskazówkami zegara, cały czas śledząc wzrokiem różdżkarkę. W końcu to dla niej wzywał duchy przepowiedni i losu oraz samego ziela, chociaż akurat nie pasowała godzina. Sam preferował wróżenie z ziół, które zebrał w odpowiedniej godzinie planetarnej, korespondującej z rośliną, ale jak mawiają, kiepskiej baletnicy przeszkadza nawet rąbek u spódnicy. On zaś chlubił się w swoich umiejętnościach profetycznych.
Po raz pierwszy w jej towarzystwie stał się jakby nieobecny. Oczy się lekko zamgliły, nadal skierowane na nią, stając się nieprzeniknionymi jeziorami smoły, jakby pochłaniały całe światło dookoła nich, a sam Morpheus jakby rozmył się na brzegach swojego istenia, wypełniając się energią. W tym momencie rzeczywiście czas stawał się iluzją, nic nie następowało po sobie, bez znanej i bezpiecznej linearności.
Wtedy też przywrócił naczynie do prawidłowej pozycji, z uchem w stronę swojego serca, jak strzałą, która wyciąga nici Mojr z jego krwi i pozwala usłyszeć pieśń przyszłości.
Tak jak on powierzał jej swoją magię w geście zaufania, podjąc różdżkę, tak dla niego w tym jednym momencie otwierania się na czyjś los, tworzył również pewnego rodzaju intymną więź, stykał się z odbiorcą wróżby na skraju czasu. On był od teraz do końca, a oni od teraz do początku, znając swoją przeszłość. Jeszcze bardziej dotykało go to wtedy, gdy łączyły się wstęgi jego i osoby, którą znał bardziej, niż tylko przelotną znajomość.
W końcu spojrzał w dół i bardzo szybko odnalazł cztery symbole w czterech kwadrach czarki. Jej przyszłość istniała. Odetchnął z niezrozumiałą ulgą, która aż brzmiała w oddechu pachnącym papierosami i kawą.
Gwiazda (szczęście/ zdrowie)
— Przywołałem Księżyc na patronat i widzę Gwiazdę, pierwsza z kolei, to bardzo dobry znak, zdrowia i szczęścia. — Tyle mówili w Hogwarcie. — Gwiazda jaśnieje podczas mroków, wyznacza drogę, odkrywa prawdę. Pewne sprawy zostaną rozjaśnione, zwłaszcza te które dręczą cię od jakiegoś czasu. Gwiazda przyświeca honorowym celom, rosnącej bliskości i stanowczym działaniom w osiągnięciu swoich pragnień.
Gdy mówił, głos miał wyjątkowo oddalony, jakby znajdował się w grotach Hadesu i stamtąd zdobywał boskie błogosławieństwa i przekleństwa widzenia, które teraz niemal szeptał jej, jakby nie dzieliła ich lada i eony istenia.
[/b]