Spędziła całkiem przyjemny dzień; jeden z niewielu ostatnio. I to spędziła go ze swoim… byłym, niedoszłym… jak go nazywać? To było skomplikowane, ale tak właśnie było. Nie chciała, by Rookwood przegapił zaćmienie słońca, więc wyciągnęła go z domu i to był naprawdę strzał w dziesiątkę. Aparat też mu się podobał, widziała to, bo się nagle ożywił. W ogóle się ożywił, gdy mu oznajmiła, że go wyciąga z domu i dlaczego. I dlatego to był miły dzień. I miała nadzieję, że będzie takim już do końca. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że właśnie dzisiejszego wieczora przyjdzie im się przenieść w miejsce, gdzie będą musieli się wspinać, że będzie tam dużo kamieni… i w ogóle. Victoria czasami coś sobie stęknęła pod nosem, chociaż i tak nie było aż tak źle jak mogło być, ale na głos się nie skarżyła. Nie było żadnego jojczenia, że ojojo za ciężko, że musi usiąść, że przerwa… Pocieszające było za to to, że Apollo zdawał się trzymać jeszcze gorzej od niej.
– Nie, spoko – odparła, łapiąc oddechy i ignorując większą część wypowiedzi Brenny, ale wiedziała, że pannie Longbottom i tak nie będzie to przeszkadzać. Bo i tak paplała i tak. W sumie to dobrze, przynajmniej nie szli w ciszy do akompaniamentu szurania i dyszenia.
Kiedy stanęli prosto, to od niechcenia, niedbale odgarnęła ciemne włosy z czoła, głośno wypuściła powietrze przez usta, a potem pochyliła się do przodu i oparła dłonie na kolanach, biorąc kilka głębszych wdechów. Kilka razy cos tam odpowiedziała Brennie, ale na większość nie miała po prostu siły, skupiona by kłaść stopy tak, żeby zaraz znowu sobie czegoś nie skręcić – ale to nie tak, że nie słuchała.
– Tak. Potrafią. Kozice – rzuciła, nadal łapiąc oddech. – A niektóre. Umieją. Udawać, że. Nie żyją – dodała, po czym się wyprostowała, zakładając dłonie na biodra, a potem, jeszcze raz odgarnęła włosy i zupełnie niepotrzebnie poprawiła upięcie. – Hipogryfy? Mogą mieć – rozejrzała się wokół, nic nie mówiąc na to, ze Apollo ewidentnie miał dość. Tak, był mistrzem teleportacji – mało mieli takich specjalistów jak on, i Victoria ciągle pamiętała, by się do niego zwrócić o pomoc w kilku prywatnych lekcjach, za które rzecz jasna by mu zapłaciła. Trochę ćwiczyła z Cainem, trochę sama – ale to głównie translokację samą w sobie i szło jej coraz lepiej, a potrzebowała wziąć od kogoś trochę lekcji i wskazówek do teleportacji łącznej.
Victora ostatecznie pokiwała głową, a gdy już uspokoiła oddech, to wyciągnęła swoją różdżkę i ostrożnie zbliżyła się do wejścia jaskini.
Rozpraszanie
Sukces!
Sukces!