Ogień miał dla Victorii specjalne znaczenie. Ludzie lubili porównywać siebie, swój charakter, swoje ja do żywiołów i tak ktoś był jak woda, ktoś jak powietrze… Victoria lubiła o sobie myśleć, że gdyby musiała wybrać, to byłaby jak ta ziemia i rośliny, które tak kochała – spokojna, niewzruszona, stała, twardo stąpała przecież po ziemi. Ale wiedziała, tak gdzieś na dnie serca, że to, co płynie w jej żyłach, woła do ognia. Nie bała się go, nigdy nic złego jej nie zrobił, mogła wsadzić do niego rękę i… nic. To Beltane to był jeden wielki ogień i w pewnym sensie poruszało to serce panny Lestrange, tak samo jak opowieść Sarah – ta o ogniu i kosmosie. I gdy Macmillan tak opowiadała, to Victoria trochę nieświadomie spojrzała na swoje dłonie, wyprostowała wąskie palce, by później spleść je ze sobą. Czuła tylko chłód, gdy tak dotykała samą siebie; gdy dotykała cokolwiek tak naprawdę. Ciągle tylko zimno.
Wszyscy zrodziliśmy się z ognia – to do niej trafiało. I chociaż Victoria nic nie powiedziała, to Sarah mogła zauważyć na jej twarzy, w jej mimice, że słucha jej uważnie i że musiała się nad tym zastanawiać, nie wyglądała na znudzoną czy oburzoną, że czarownica opowiada jej o mugolach. Cóż, byli częścią tego świata, nie musiała ich lubić, ale byli tutka, nie ich wina, że urodzili się nie mając dostępu do magii. To do mugolaków podchodziła z ostrożnością, to oni powodowali najczęściej kłopoty i problemy, narażając magiczny świat na wydanie. To, co mówiła kapłanka, było naprawdę ciekawe. Ogólnie cała ta rozmowa była ciekawa i gdy Victoria w ogóle tutaj przyszła, to nie wiedziała czego ma się spodziewać, ani czego oczekiwać… Chyba nie oczekiwała niczego. I to wszystko przerosło tę minimalną poprzeczkę.
– Lubię ogień. Dla mnie nigdy nie był niebezpieczny – wyznała cicho i westchnęła, kiedy blondynka opowiadała o swojej teorii dotyczącej tych dzieci, których miało być mniej. Urodzone martwe, bez duszy… straszne. To naprawdę była straszna wizja. To, co zrobił Voldemort, jeśli okaże się to prawdą, było prawdziwie barbarzyńskie, bo dla swojej dziwacznej zachcianki i tego pierdolenia o utrzymaniu czarodziei czystej krwi i rodów… czy to nie odbije się również na nich? Konsekwencje, o których mogli tylko gdybać, mogły być naprawdę straszne… – Mam nadzieję, że te przypuszczenia jednak nie okażą się prawdziwe. Bo to będzie prawdziwa tragedia dla tych wszystkich rodzin – dla matek i ojców czekających na swoje dzieci, ale też dla tych przypadków i wypadków zupełnie nieplanowanych. Życie to był przecież dar. A niektórzy dostawali nawet drugą szansę… i ją marnowali.
– Coś… odebrane? – zapytała z przestrachem, bo tej ewentualności, tej wizji… nie brała pod uwagę. Cały czas widziała tylko… nadmiarowe rzeczy. – Są takie momenty, że widzę sceny z życia, których nie mogłam przeżyć. Na Pokątnej z narzeczonym trafiliśmy na ducha, który przenosił nas do moich wspomnień i… jedno z nich nie mogło być moje. Myślałam, że jest moje, byłam pewna, że jest, czułam te wszystkie emocje, pamiętałam to wszystko, ale mój narzeczony widział różnicę i potrafił powiedzieć, że to nie mogłam być ja – powiedziała to w końcu – ten prawdziwy powód wizyty tutaj. – Nie wiem co się dzieje – dodała ciszej, choć przecież nie było to potrzebne, to ściszanie głosu. – I myślisz, że jeszcze mogłam coś utracić? – terapia eksperymentalna… Cholera. Musiała to przemyśleć.