— Jest równie waleczna jak moja walkiria... znaczy, wasza matka — Dagur wypowiadał się bardzo pochlebnie o swojej pięknej żonie i swojej córce, choć jeśli chodzi o żonę to nazywanie jej w ten sposób w niektórych sytuacjach potrafiło mieć mniej grzeczny wydźwięk. Dagur nie mógł narzekać na nieudane pożycie małżeńskie. Jedynie uważał, że czwórka dzieci jest wystarczająca, ale jakby bogowie pobłogosławili go kolejnym dzieckiem to przecież nie oddałby go do adopcji ani nie wyniósł do lasu wilkom, innym zwierzętom czy magicznym stworzeniom na pożarcie, tylko wychował tak jak wszystkie pozostałe swoje dzieci. Postrzegał siebie jako dobrego ojca, skoro o żadnym dziecku nie mógł powiedzieć że okazało się dla niego zawodem, a zamiast tego że może wypowiadać się o nich z dumą.
— Właśnie, Azkaban! — Przytaknął swojemu pierworodnemu odnośnie tego miejsca. — Powinni tam sczeznąć! — Wyraził swoje zdanie odnośnie tych fanatyków. Co do słuszności swoich słów nie miał najmniejszych wątpliwości. Aczkolwiek gdyby ich spotkał na swojej drodze i stanowili zagrożenie dla jego rodziny, to sam musiałby zrobić z nimi należyty porządek.
— To zdecydowanie moje słowa, które jednak tyczą się czegoś innego w tym przypadku. — Opanowanie podstawowych umiejętności rzemieślniczych Hjalmar miał już dawno za sobą. Samodzielne prowadzenie warsztatu jubilerskiego w samym sercu magicznego Londynu to poważny interes i prawdziwe wyzwanie, dlatego Dagur pozostawał zwolennikiem rozważnego działania i stopniowego budowania swojej pozycji na rynku zamiast rzucania się na głęboką wodę albo wzniesienia się zbyt wysoko w krótkim czasie, co zwykle kończyło się gwałtownym upadkiem z wysoka. Nie chciał tego dla swojego pierworodnego.— Gdybym musiał to faktycznie bym to zrobił. Jeśli się potknięcie, przewrócicie się albo rozbijecie sobie nos to zawsze pomogę się podnieść i zawsze wam pomogę... choć można tego uniknąć. — W takich sytuacjach Dagur dostrzegał to, że jego dzieci dorosły i że z tego względu powinien pozwolić im na popełnianie swoich własnych błędów. Jednocześnie powinien być na tyle blisko nich, aby móc zawsze okazać im swoje wsparcie. Dla swoich pociech chciał jak najlepiej i zrobiłby wszystko aby uchronić całą czwórkę przed całym złem tego świata. — Jesteśmy z was dumni. To się nie zmieni, chłopcze. — Dodał z pewnością w głosie. Nie będzie swojemu synowi wypominać błędów przeszłości.
— Zawsze przyjmiemy cię z otwartymi ramionami. — Zapewnił chłopaka, obdarzając go ciepłym uśmiechem. Samemu trącił go w ramię.
Podejmowane przez nich działanie było słuszne, jednakże bezcelowe w ogólnym rozrachunku. Prawdziwy pożar naprawdę im nie groził i okazało się, że jedynie zmarnowali beczkę wody oraz swój czas oraz pewną część sił. Sytuacja, w której się znaleźli, była zdecydowanie dziwna i niepokojąca. Czegoś takiego jeszcze nie doświadczyli w całym swoim życiu.— Bogowie raczą wiedzieć co to było. — Zawyrokował będąc w głębokim szoku. Nie dawało się tego wyjaśnić w żaden racjonalny sposób. Nie potrafił tego wytłumaczyć, nawet jakby chciał. — Na to wygląda. Oby nie pojawiło się znowu. Nie mam już ochoty biegać z kolejną beczką wody i ciebie gonić z łopatą do gaszenia nieszkodliwego, magicznego ognia. — Dagur uważał, że mieli zarówno ważniejsze, jak i ciekawsze rzeczy do roboty, niż radzenie sobie z tego rodzaju zjawiskami.
— Chciałbym to wiedzieć, synu. Będziemy musieli ich o to zapytać. — Dagur pochwycił pustą beczkę i idąc ramię w ramię ze swoim synem podążył w stronę domostwa z zamiarem powrócenia do domu.