Sceptyczne spojrzenie. Spowodowane czym? Tymi głupimi "żarcikami"? A, bo tego Cain nie wiedział i nie rozumiał - jak to jest mieć rodzeństwo. I jak Flynn zachowuje się przy "rodzeństwie". Czym w ogóle to rodzeństwo było dla niego. Bo pojęcie "rodziny" w rozumieniu cyrku było dla niego abstrakcyjne. Z tymi ludźmi przecież nie łączyły go więzy krwi. Bo nie łączyły... tak? Czy może jednak? Nawet sam Flynn w cyrku, choć przecież tam siedział, tam występował, tam się pokazywał, ciągle kłócił się z jego wspomnieniami. Był czymś nowym, czymś niepoznanym. Czymś do odkrycia. Tylko jak zawsze rodziło się pytanie - czy na pewno chcesz wiedzieć? Na pewno chcesz wnikać, w te relacje zagłębiać, w ten świat, który powinien być trzymany z dystansem? Jednak to jego spojrzenie wywołało coś. Reakcje zwrotną, sprzężenie powietrza, albo jakiś inny Armagedon. A w zasadzie było to po prostu spojrzenie. Bardziej uważne, przez moment skupione mocno na tym konkretnym odczuciu, które zostało nadane przez Flynna i od niego wyszło.
Skakała tutaj dziwna atmosfera. Nie potrafił dokładnie nakreślić jej źródła - chyba głównie dlatego, że były aż trzy. A potem dotarło czwarte w postaci Szeptuchy, która równie szybko się ulotniła. Mieszały się ze sobą i tworzyły dziwaczną mieszankę. Dość nieprzystępną, jeśli Cain miałby się na ten temat wypowiadać. Złożoną z jego lekkiej irytacji, zdenerwowania Fiery i poplątanych emocji Edga, który starał się dozować słowa, jakie cisnęły mu się na język. Nawet nie miał o tym pojęcia - jak wiele myśli Flynn poświęcał temu, że Cain zapamięta. Że każda budowana chwila mogła się obrócić w coś okropnego, co będzie krążyło po głowie do końca, tylko za sprawą paru niepotrzebnie dodanych słów. Nie wiedział. Chyba spojrzałby z podziwem na czarnowłosego, gdyby ta wiedza została mu nadana.
Za każdym razem, kiedy Flynn zaczynał rzucać "mądrymi hasłami" (ja te o hipotezie Poincarego) można się było zadziwić, co w tej głowie siedzi. Aż kusiło zapytać - bo kurwa Cain nie miał pojęcia, co to za Poincary i jego hipoteza) - ale Bóg da i pozwoli, więc zapyta potem. Wszystko można było odłożyć "na potem", jeśli tylko nie zapominałeś, żeby w tej przyszłości, która miała nadejść, finalne pytanie zadać. Chyba dostatecznie popsuli sobie już humory w tym dziwnym trójkącie, żeby stwierdzić, że wystarczy. A przynajmniej do takiego wniosku dotarł sam Bletchley. Szczególnie, że trójkąty nie lubiły kolejnych kątów, a Szeptucha ewidentnie swoje chciała tu wtrącić. No i wtrąciła. Co z tego przyszło... chyba Fiery ani Edge nie byli tym przejęci. Ani trochę. Za to w głowę Caina wbiło się to jak szpila, gwóźdź, który zaczął wiercić i wbijać się głębiej, chociaż starał się go złapać, zracjonalizować i odrzucić na bok. Najpierw tylko musiał go wyrwać. Miał taką małą obawę, że to się nie uda. I że chwilowo złapie małą paranoje na mugolskie samochody, co stanowiło niemały problem, kiedy nie mieszkało się w czarodziejskiej dzielnicy.
- Miłej zabawy. - Potwierdził tylko swoje odmeldowanie się z tego miejsca.
Pokręcił się jeszcze to tu, to tam, zajrzał w płomienie, nim w końcu ulotnił się z polany.
!płomienie