21.12.2023, 18:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.01.2024, 00:57 przez Erik Longbottom.)
Bywały takie dni, gdy zazdrościł zwykłym czarodziejom, którzy nie mieli nic wspólnego z żadną z frakcji, które próbowały wyjść na prowadzenie. Och, jak wygodne musiało być życie kogoś, kto nie musiał znosić rywalizacji między tymi wszystkimi departamentami Ministerstwa Magii i martwić się o to wobec kogo powinien być lojalny. Brak wątpliwości co do tego, gdzie leży granica lojalności wobec siebie, swoich bliskich, swojej pracy, a organizacji. To niezaprzeczalnie była wolność, jakiej łaknęło wielu czarodziejów i czarownic zaangażowanych w obecnie toczący się konflikt.
Takie rozwiązanie wiązało się jednak z ogromną nieświadomość zagrożeń czyhających w tym świecie. Czy złudne bezpieczeństwo było warte życia w kompletnej niewiedzy? Może, jeśli czyjeś życie ograniczało się do rutyny dom – praca – zakupy – dom. Gdy trzeba było się skupić na tym, aby po prostu przetrwać kolejny dzień, problemy pokroju ataków i porwań w odległych miasteczkach lub dzielnicach na drugim końcu miasta, przechodziło na dalszy plan. Walczymy po to, żeby oni nie musieli być w to wciągnięci, pomyślał Erik, próbując odwzajemnić uśmiech Geraldine, jednak ten zaraz zmienił się w grymas.
— To trochę niehumanitarne, wiesz? — Spoważniał nagle, posyłając przyjaciółce ciężkie spojrzenie. — Wystawienie ludzi na sprzedaż nie jest okej. Nawet w kontrolowanych warunkach w towarzystwie czarodziejskiej elity. — Jego ton głosu nabrał swego rodzaju teatralności i dramatyzmu. — Wierz mi, doświadczyłem tego na własnej skórze. Niezbyt przyjemne przeżycie. A ciężko o to, żeby Kanclerz Skarbu pojawiał się na każdej takiej licytacji. Miałem ogromne szczęście.
Zmarszczył brwi. Nie określiłby mantykorę śmieszną, jednak kolejne słowa Ger sprawiły, że nieco się uspokoił. Chyba faktycznie miała w sobie jeszcze trochę instynktu samozachowawczego.
— To, że brałaś udział w polowaniu, nie znaczy, że dopadłaś zwierzynę. Tak samo jak udział w turnieju Klubu Pojedynku nie oznacza tego, że wróciło się do domu z medalem. — Naburmuszył się nieco na komentarz Geraldine. Nie miał na myśli nic złego, jednak wolał też nie zakładać z góry, że podczas jej zagranicznej wycieczki wszystko poszło zgodnie z planem. Równie dobrze mogło się okazać, że mantykora ją dziabnęła, przez co spędziła tydzień w norze jakiegoś egipskiego maga. — Tylko pytam. Po prostu jedno nie zawsze równa się od razu drugiemu.
Nadstawił uszu, gdy zaczęła mu opowiadać o Widmach. Sprawa małego Charliego przewijała się w pewnych konwersacjach w Ministerstwie Magii, jednak Erik nie znał szczegółów. Nie do końca wiedział też, co się ostatecznie stało z chłopakiem. Oby był bezpieczny i pod dobrą opieką. Jego uwagę przykuł jednak pewien szczegół z opowieści Gerladine.
— Gdy słyszę słowa „widmo” i „wysysanie” to od razu myślę o dementorach. — Skrzywił się na samą myśl. Zdecydowanie nie był ich fanem i wolał trzymać się z daleka od tych zjaw. Wprawdzie nie miał sobie nic do zarzucenia, toteż wątpił, aby miał zostać ich ofiarą w najbliższym czasie, jednak... Jak można było im w ogóle ufać? Westchnął cicho. Komukolwiek udało się uwiązać dementorów na smyczy, był geniuszem albo wariatem. — Ale to brzmi równie źle. Jakby kradły ludziom energię witalną i... Żywiły się nią? Wzmacniały swoją moc?
Nie był specjalistą od magicznych stworzeń, a tym bardziej od duchów. W jego mniemaniu była to kwestia, jaką powinni się zająć specjaliści Ministerstwa Magii i kowen Whitecroft. Kto mógł wiedzieć więcej o genezie tych dziwnych duchów, jak nie kapłanki i kapłani, którzy na pewno grzebali w tym, co czaiło się po drugiej stronie? Najwidoczniej jednak nawet Departament Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami nie do końca wiedział, co począć z tym fantem.
— Taa... I tak prędko po Beltane — pokiwał głową, zgadzając się z panną Yaxley. Było to nad wyraz podejrzane, jednak nie doszło też do żadnego ataku. Żadnego wypadku. Erik nie rozmawiał z tymi pielgrzymami. Nie widział w tym większego sensu, a roboty i tak miał już nad to. Z tego, co się orientował, wioskowi nie pokłócili się jednak jakoś specjalnie z przejezdnymi. — Powiedziałbym, że to jakaś zagrywka Śmierciożerców, ale prędzej sami by się oddali w ręce władz, niż wysługiwali się mugolami. To chyba byłoby dla nich zbyt upokarzające.
Pomyślał chwilę, zanim się ponownie odezwał. Zdecydowanie czuł szok, jednak ten dosyć szybko przeszedł. Był wtedy wśród ludzi, wiedział, że w razie czego w okolicy kręciła się Brenna z Mavelle, więc może zdołałyby go zagonić w bezpieczne miejsce, zanim doszłoby do pełnoprawnej przemiany. Gdy zdał sobie sprawę, że księżyc nie był zagrożeniem, pozwolił sobie nieco opuścić gardę.
— Z perspektywy czasu... Trochę strasznie? Przez ostatnie lata księżyc kojarzył mi się jednak z przemianą. Odwykłem od tego widoku. Nie spodziewałem się czegoś takiego. — przyznał, kopiąc jednocześnie czubkiem buta małą dziurę w ziemi. Może to był powód tej karuzeli emocji, jaka nim wstrząsnęła podczas tamtego małego festynu? — Najwyraźniej mój wewnętrzny wilkołak potrafi odróżnić rzeczywistą pełnię od takiej sztucznej. Szczęściarz ze mnie. — Pokręcił powoli głową.
Tak. I to przy rozpalonym kominku, odparł w myślach, nie dając się jednak sprowokować. Pozwolił się po prostu napawać Yaxley tym, że poznała jego kolejny mały sekret. Niedługo będzie mogła je sprzedawać w sklepie.
— A czemu nie? — Uniósł pytająco brew. — Tak długo, jak masz jakiś talent i potrafisz go sprzedaż, raczej by cię nie odprawili z kwitkiem. Może nawet przyniosłabyś dla nich jakiś zysk.
Odetchnął z ulgą, gdy Geraldine nie próbowała go przekonywać. Znając swoją słynną asertywność, pewnie wystarczyłoby parę komentarzy, a wszedłby tam z nią, ignorując intensywne bicie serce, potliwość i trzęsące się ręce. A tak? Załatwił sobie idealną robotę dla siebie. Co było trudnego w obserwowaniu terenu, gdy cała akcja działa się pod ziemią? Bułka z masłem.
— Powodzenia! — rzucił, gdy kobieta zeszła pod ziemię.
Takie rozwiązanie wiązało się jednak z ogromną nieświadomość zagrożeń czyhających w tym świecie. Czy złudne bezpieczeństwo było warte życia w kompletnej niewiedzy? Może, jeśli czyjeś życie ograniczało się do rutyny dom – praca – zakupy – dom. Gdy trzeba było się skupić na tym, aby po prostu przetrwać kolejny dzień, problemy pokroju ataków i porwań w odległych miasteczkach lub dzielnicach na drugim końcu miasta, przechodziło na dalszy plan. Walczymy po to, żeby oni nie musieli być w to wciągnięci, pomyślał Erik, próbując odwzajemnić uśmiech Geraldine, jednak ten zaraz zmienił się w grymas.
— To trochę niehumanitarne, wiesz? — Spoważniał nagle, posyłając przyjaciółce ciężkie spojrzenie. — Wystawienie ludzi na sprzedaż nie jest okej. Nawet w kontrolowanych warunkach w towarzystwie czarodziejskiej elity. — Jego ton głosu nabrał swego rodzaju teatralności i dramatyzmu. — Wierz mi, doświadczyłem tego na własnej skórze. Niezbyt przyjemne przeżycie. A ciężko o to, żeby Kanclerz Skarbu pojawiał się na każdej takiej licytacji. Miałem ogromne szczęście.
Zmarszczył brwi. Nie określiłby mantykorę śmieszną, jednak kolejne słowa Ger sprawiły, że nieco się uspokoił. Chyba faktycznie miała w sobie jeszcze trochę instynktu samozachowawczego.
— To, że brałaś udział w polowaniu, nie znaczy, że dopadłaś zwierzynę. Tak samo jak udział w turnieju Klubu Pojedynku nie oznacza tego, że wróciło się do domu z medalem. — Naburmuszył się nieco na komentarz Geraldine. Nie miał na myśli nic złego, jednak wolał też nie zakładać z góry, że podczas jej zagranicznej wycieczki wszystko poszło zgodnie z planem. Równie dobrze mogło się okazać, że mantykora ją dziabnęła, przez co spędziła tydzień w norze jakiegoś egipskiego maga. — Tylko pytam. Po prostu jedno nie zawsze równa się od razu drugiemu.
Nadstawił uszu, gdy zaczęła mu opowiadać o Widmach. Sprawa małego Charliego przewijała się w pewnych konwersacjach w Ministerstwie Magii, jednak Erik nie znał szczegółów. Nie do końca wiedział też, co się ostatecznie stało z chłopakiem. Oby był bezpieczny i pod dobrą opieką. Jego uwagę przykuł jednak pewien szczegół z opowieści Gerladine.
— Gdy słyszę słowa „widmo” i „wysysanie” to od razu myślę o dementorach. — Skrzywił się na samą myśl. Zdecydowanie nie był ich fanem i wolał trzymać się z daleka od tych zjaw. Wprawdzie nie miał sobie nic do zarzucenia, toteż wątpił, aby miał zostać ich ofiarą w najbliższym czasie, jednak... Jak można było im w ogóle ufać? Westchnął cicho. Komukolwiek udało się uwiązać dementorów na smyczy, był geniuszem albo wariatem. — Ale to brzmi równie źle. Jakby kradły ludziom energię witalną i... Żywiły się nią? Wzmacniały swoją moc?
Nie był specjalistą od magicznych stworzeń, a tym bardziej od duchów. W jego mniemaniu była to kwestia, jaką powinni się zająć specjaliści Ministerstwa Magii i kowen Whitecroft. Kto mógł wiedzieć więcej o genezie tych dziwnych duchów, jak nie kapłanki i kapłani, którzy na pewno grzebali w tym, co czaiło się po drugiej stronie? Najwidoczniej jednak nawet Departament Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami nie do końca wiedział, co począć z tym fantem.
— Taa... I tak prędko po Beltane — pokiwał głową, zgadzając się z panną Yaxley. Było to nad wyraz podejrzane, jednak nie doszło też do żadnego ataku. Żadnego wypadku. Erik nie rozmawiał z tymi pielgrzymami. Nie widział w tym większego sensu, a roboty i tak miał już nad to. Z tego, co się orientował, wioskowi nie pokłócili się jednak jakoś specjalnie z przejezdnymi. — Powiedziałbym, że to jakaś zagrywka Śmierciożerców, ale prędzej sami by się oddali w ręce władz, niż wysługiwali się mugolami. To chyba byłoby dla nich zbyt upokarzające.
Pomyślał chwilę, zanim się ponownie odezwał. Zdecydowanie czuł szok, jednak ten dosyć szybko przeszedł. Był wtedy wśród ludzi, wiedział, że w razie czego w okolicy kręciła się Brenna z Mavelle, więc może zdołałyby go zagonić w bezpieczne miejsce, zanim doszłoby do pełnoprawnej przemiany. Gdy zdał sobie sprawę, że księżyc nie był zagrożeniem, pozwolił sobie nieco opuścić gardę.
— Z perspektywy czasu... Trochę strasznie? Przez ostatnie lata księżyc kojarzył mi się jednak z przemianą. Odwykłem od tego widoku. Nie spodziewałem się czegoś takiego. — przyznał, kopiąc jednocześnie czubkiem buta małą dziurę w ziemi. Może to był powód tej karuzeli emocji, jaka nim wstrząsnęła podczas tamtego małego festynu? — Najwyraźniej mój wewnętrzny wilkołak potrafi odróżnić rzeczywistą pełnię od takiej sztucznej. Szczęściarz ze mnie. — Pokręcił powoli głową.
Tak. I to przy rozpalonym kominku, odparł w myślach, nie dając się jednak sprowokować. Pozwolił się po prostu napawać Yaxley tym, że poznała jego kolejny mały sekret. Niedługo będzie mogła je sprzedawać w sklepie.
— A czemu nie? — Uniósł pytająco brew. — Tak długo, jak masz jakiś talent i potrafisz go sprzedaż, raczej by cię nie odprawili z kwitkiem. Może nawet przyniosłabyś dla nich jakiś zysk.
Odetchnął z ulgą, gdy Geraldine nie próbowała go przekonywać. Znając swoją słynną asertywność, pewnie wystarczyłoby parę komentarzy, a wszedłby tam z nią, ignorując intensywne bicie serce, potliwość i trzęsące się ręce. A tak? Załatwił sobie idealną robotę dla siebie. Co było trudnego w obserwowaniu terenu, gdy cała akcja działa się pod ziemią? Bułka z masłem.
— Powodzenia! — rzucił, gdy kobieta zeszła pod ziemię.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
Spoiler