Nora Figg była... cóż. Szalenie normalną osobą w otoczeniu dziwaków, co było komplementem. Przyjemnie patrzyło się w jej przyszłość, tak boleśnie pełną codziennych rzeczy, miłości bez szaleństw serca, jej ciężka praca rąk własnych przynosiła owoce, a magia pozostawała gdzieś na krawędzi. Gdy spoglądał w tkaninę świata niektórych, widział jedynie chaos, jakby na niedokończoną pracę tkaczki wskoczył kot, na dodatek goniący mysz, tak że pomieszali w tańcu śmierci i życia wszystkie nitki, popruli pracę i rozluźnili sploty żakardu.
— Tarot ma tendencję do dawania nam pstryczka w nos. Pokazywania oczywistości w sposób, który skręca nasze trzewia i nie pozwala zasnąć. Dzisiaj był dość łagodny. — Uśmiechnął się do niej pocieszająco i wyjrzał przez okno znad filiżanki. Chociaż nadal lało, w jego oczach jakby odbyły się pojedyncze promienie słońca. Zdecydowanie nie był to nagły błysk, zapowiadający grzmot, do którego dzieci liczyły na głos sekundy, by sprawdzić, ile mil od nich uderzy piorun, lecz łagodne światło dnia, zmieniające ciemne jeziora oczu w miodową, niemal słodką lepkość.
Patrzył za okno, pijąc kawę, pozwalając smakom rozlewać się na kubkach smakowych. Wyczuwał lekką czekoladową nutę w palonych ziarnach i balans z owocową kwaskowością, skryty nieco pod puchową pierzynką z laktozy i tłuszczu. Łagodna, bardzo pośrednia, takiej jak można spodziewać się w kawiarniach. Niezbyt mocno palona, niezbyt zielona, nie zadowoli koneserów, ale oni piją kawę dla smaku, on pił kawę, aby nie zasnąć po bezsennej nocy, aby nadać swojemu ciału energii. Taka była idealna, bo nie pozwalała na poczucie winy, że nie docenia jej bukietu.
— Och, zupełnie nie. Nie przyjmuję zapłaty w żadnej formie za wróżenie. Po pierwsze dlatego, że w każdym calu, oprócz nazwiska, jest pani Longbottomówną, po drugie to moje powołanie, a kiedy pieśń wzywa, jakże nie śpiewać? Przyrównałbym to do tych chwytliwych piosenek z radia, które chodzą za tobą i tkwią w mózgu. Czasami trzeba zaśpiewać pieśń. — Dopił kawę i odstawił filiżankę na podstawek, obkręcając ucho w swoją stronę i spoglądając do pozostałości na dnie. To była wróżba dla niego samego. Znów się uśmiechnął, ale zdecydowanie bardziej do siebie, z nutami smutku.
Jego brat był martwy, a on nie mógł niczego zrobić, oprócz złożenia modlitwy, aby nie skończyli jak dom Atrydów, przeklęci i zniszczeni przez przepowiednię, którą był on sam, Morpheus, bóg snów.