Victoria była… przerażona wizją śmierci, ale wcale nią nie zaskoczona. To był dziwaczny dysonans, w którym nie bardzo chciała w ogóle na ten temat myśleć, a z drugiej strony – nie chciała tak tego wszystkiego też zostawić. Zamierzała szukać dalej, powiedzieć wszystko Cynthii, czy nie mówiła jej nieco podobnych rzeczy? O tym, że energia z Limbo ją… przyćmiewa? I gdy wymieniała zaklęciem jej energię… to był ten jeden jedyny moment, kiedy poczuła trochę ciepła. Więc to MUSIAŁO być możliwe. Musiało. Samhain… Ale musiała być też gotowa na to, że zwyczajnie może się nie udać. Że przy próbie wymiany na stałe tej energii… zostanie bez niczego i… umrze. Może to naprawdę będzie „ostatnie 100 dni jej życia”.
Uśmiechnęła się do Brenny. Mogła jej zacząć tłumaczyć jak to było z drapieżnikami, że niektóre goniły dla zabawy, kotowate zwłaszcza lubiły męczyć swoje ofiary, ale nie było na to za bardzo miejsca. Musiały więc zostać przy mdlejących na zawołanie kozach.
Przyjęła do wiadomości, że kłusownicy musieli opuścić jaskinię już dłuższy czas temu, a nie przed paroma godzinami, skoro Brenna nie mogła sowim wilczym nosem znaleźć niczego ciekawego. Czyli się spodziewali, że ktoś z Ministerstwa może wpaść na ich trop, nie byli aż tak głupi i nieostrożni. To oznaczało, że jeśli gdzieś ich wytropią, to dobrze będzie się przygotować. Brak tropów też był zwyczajnie wskazówką, ale i tak dobrze było się rozejrzeć po okolicy – no i zbadać ten drugi korytarz, zdecydowanie.
– Może faktycznie hipogryfy? Chociaż nie widziałam jak tu szliśmy żadnego takieto charakterystycznego miejsca, gdzie mogły zakładać swoje gniazda – odparła i kucnęła przy tym błysku przy ścianie, który zwrócił jej uwagę. Dźgnęła przedmiot różdżką, ale nic się nie wydarzyło. Przyglądała się przez moment w ciszy, nim wyciągnęła lewą dłoń, by po to sięgnąć i unieść. Obejrzeć z każdej strony, pod światło, bez światła… Miała mętlik w głowie gdy tak na to patrzyła, aż zmarszczyła brwi, bo mózg wykonywał właśnie skomplikowane obliczenia matematyczne, aż coś nie zaskoczyło i nawet popukała knykciami o… łuskę. Bo to była łuska.
Łuska smoka.
– Zgubili – mruknęła do Brenny z opóźnieniem, bo ta do niej gadała, a Victoria po prostu się wyłączyła, chociaż słuchała co się do niej mówi. Ale w końcu się do niej odwróciła i zamachała dłonią, w której wciąż trzymała łuskę. – I to nie byle co. To łuska walijskiego zielonego – smoka oczywiście, ale to się rozumiało samo przez się… Chyba, ze Brenna nie wiedziała, to wtedy Victoria mogła dopowiedzieć, że chodzi o smoka. – Dziwne znalezisko do zgubienia – dodała jeszcze, znowu patrząc na piękną łuskę. Pewnie Laurentowi by się spodobało. – Tak, chodźmy... – podniosła się, a łuskę wsunęła do kieszeni.
Pszyrka
Akcja nieudana
Sukces!