23.12.2023, 09:25 ✶
Sprawiedliwość. Wetknęła papierosa między wargi i zaciągnęła się, wpatrując w jęzory ognia, w których ujrzała charakterystyczną dla magów Wizengamotu togę. Miała dziwne przeczucie, że dokona się sprawiedliwość, tylko co ona właściwie oznaczała? Czyż sprawiedliwość nie była inna w kontekście różnych osób? Dlatego między innymi nie przepadała za wróżbami i przepowiedniami: zbyt łatwo można je było zinterpretować na własną korzyść i dokonać złego, pochopnego osądu. Ona nigdy nie była dobra w tego typu rzeczy - zarówno jako dziecko, jak i później nastolatka aż w końcu jako dorosła. Nie potrafiła intepretować takich rzeczy, nie potrafiła odnosić tych przeczuć do własnej sytuacji, aż w końcu nauczyła się je ignorować tak, że zniknęły. Dzisiejszy dzień był wyjątkiem, ale wciąż uważała, że to sprawa wianka, który spowodował znaczne silniejsze odczuwanie wszystkiego wokół, łącznie z dotykiem i zapachem.
Miała szczęście, że zdecydowała się ściągnąć wianek z głowy, zanim nie dorwał jej Theon. Jej ręka wciąż drżała, chociaż mniej, niż jeszcze chwilę temu. Wyprowadził ją z równowagi i chociaż przy nim trzymała fason, tak teraz mogła odpuścić i pozwolić, by emocje z niej zeszły. Dobrze wiedziała, że palenie nie pomagało - było tylko zasłoną dymną, sposobem na zajęcie rąk bo już dawno zaobserwowała, że uspokaja ją sam rytuał, a nie gryzący dym, który wciągała w płuca. Adrenalina zaczęła powoli opuszczać jej ciało, mogła pozwolić sobie na chwilę rozluźnienia.
Rozejrzała się jeszcze, by upewnić się, że Travers opuścił jej najbliższe otoczenie. Była ciekawa, czy posłucha jej nie do końca dobrej rady i w jakim stanie go zastanie jutro. Chociaż bardzo chciała zająć się tym przypadkiem, to z nieco mściwą satysfakcją obserwowałaby, jak mężczyzna najpierw się spóźnia, a potem nie przychodzi w ogóle. Albo sam przekłada spotkanie. To była nieco szczeniacka próba odegrania się za to, że tak bez ostrzeżenia wtargnął za nią na Lithę. Niby nie była osobą mściwą, ale och - która kobieta nie posiadała w sobie odrobiny złośliwości, jeśli ją ktoś zdenerwuje? Traversa jednak nie dostrzegła, za to mignął jej Chester. Camille rozciągnęła wargi w szerokim uśmiechu i strzepnęła żar z papierosa na ziemię. Zgniotła go butem, bo było tu wystarczająco dużo ognisk, nie potrzebowali dodatkowego, niekontrolowanego pożaru. Ruszyła w jego stronę.
- Nigdy nie potrafiłam interpretować znaków od losu - stanęła obok mężczyzny, splatając dłonie z tyłu, na plecach. Nie patrzyła na niego, za to wpatrywała się w ogień, lecz tym razem nic nie dostrzegła. Nie była nawet zdziwiona, tego się spodziewała. - Udało ci się dotrzymać obietnicy, danej wnukom?
Zerknęła na Chestera i uśmiechnęła się lekko. Skoro się tu pojawił, to pewnie tak. Dzieci potrafiły być bardzo upierdliwe, jeżeli im się coś obiecało. Mogły tak długo wiercić dziurę w brzuchu, dopóki nie dostały tego, co chciały.
Miała szczęście, że zdecydowała się ściągnąć wianek z głowy, zanim nie dorwał jej Theon. Jej ręka wciąż drżała, chociaż mniej, niż jeszcze chwilę temu. Wyprowadził ją z równowagi i chociaż przy nim trzymała fason, tak teraz mogła odpuścić i pozwolić, by emocje z niej zeszły. Dobrze wiedziała, że palenie nie pomagało - było tylko zasłoną dymną, sposobem na zajęcie rąk bo już dawno zaobserwowała, że uspokaja ją sam rytuał, a nie gryzący dym, który wciągała w płuca. Adrenalina zaczęła powoli opuszczać jej ciało, mogła pozwolić sobie na chwilę rozluźnienia.
Rozejrzała się jeszcze, by upewnić się, że Travers opuścił jej najbliższe otoczenie. Była ciekawa, czy posłucha jej nie do końca dobrej rady i w jakim stanie go zastanie jutro. Chociaż bardzo chciała zająć się tym przypadkiem, to z nieco mściwą satysfakcją obserwowałaby, jak mężczyzna najpierw się spóźnia, a potem nie przychodzi w ogóle. Albo sam przekłada spotkanie. To była nieco szczeniacka próba odegrania się za to, że tak bez ostrzeżenia wtargnął za nią na Lithę. Niby nie była osobą mściwą, ale och - która kobieta nie posiadała w sobie odrobiny złośliwości, jeśli ją ktoś zdenerwuje? Traversa jednak nie dostrzegła, za to mignął jej Chester. Camille rozciągnęła wargi w szerokim uśmiechu i strzepnęła żar z papierosa na ziemię. Zgniotła go butem, bo było tu wystarczająco dużo ognisk, nie potrzebowali dodatkowego, niekontrolowanego pożaru. Ruszyła w jego stronę.
- Nigdy nie potrafiłam interpretować znaków od losu - stanęła obok mężczyzny, splatając dłonie z tyłu, na plecach. Nie patrzyła na niego, za to wpatrywała się w ogień, lecz tym razem nic nie dostrzegła. Nie była nawet zdziwiona, tego się spodziewała. - Udało ci się dotrzymać obietnicy, danej wnukom?
Zerknęła na Chestera i uśmiechnęła się lekko. Skoro się tu pojawił, to pewnie tak. Dzieci potrafiły być bardzo upierdliwe, jeżeli im się coś obiecało. Mogły tak długo wiercić dziurę w brzuchu, dopóki nie dostały tego, co chciały.