Było to prawdziwe zrządzenie losu. Prawdopodobnie polowanie na jednorożce skoro świt było najbezpieczniejsze, bo kto by łaził wtedy po a) lesie, b) Zakazanym Lesie, c) poza tym było wtedy już w miarę jasno, więc dla ludzi lepiej. Fakt, że Brenna (i Victoria) wpadły na podobny pomysł był dla nich prawdziwą zgubą i teraz mieli nie lada problem, biorąc pod uwagę, że kobiety deptały im po piętach od miesiąca. A w ciągu tego miesiąca zmieniło się tak wiele… Victoria miała cały rollercoaster emocji, a w większości niestety… ciągnęło ją to w dół i dno. To był ten moment spadania. Długi, niemalże bolesny. Ale w końcu przyjdzie moment, by się odbić, prawda? Teraz co prawda gwałtowny spadek prowadził przez wodę, ale kiedyś musiał nastąpić punkt przegięcia. Victoria bardzo tego chciała… ale nie ośmielała się w to wierzyć.
– Mogą mieć, to prawda – ale co jeszcze mogło tutaj mieć swoje leża, to takie zielone jaszczury, którego łuskę właśnie trzymała. Przyszedł ten moment zastanowienia – w miarę wysokie, strome góry, mnóstwo jaskiń… to były warunki, w których lubiły się właśnie zielone walijskie. Może ta łuska to tylko czyjeś trofeum… zgubione w pośpiechu… Raczej na pewno, bo ta jaskinie faktycznie była dla tegoż jaszczura za mała, ale to był cały ciąg przyczynowo skutkowy. – Tak, właśnie tego – odparła Brennie, rozglądając się teraz po pieczarze. No nie, zdecydowanie nie były to rozmiary na smoka… Przejście, którym przeszły, też nie miało odpowiednich gabarytów, a to, które miały zbadać… Victoria zmrużyła oczy, jak kot, który robi obliczenia i pokręciła głową. – Ta jaskinia jest za mała dla takiego smoka – powiedziała spokojnie do Brenny, ale miała bardzo podobne wnioski.
Takie, które bardzo jej się nie podobały…
Nie był to środek smoczego gniazda, ale te góry… Może wcale nie było tutaj hipogryfów, tylko coś znacznie bardziej niebezpiecznego.
Ruszyła za Brenną, nie mówiąc w zasadzie nic, bo ciągle myślała. Za to mocniej i pewniej złapała swoją wierną różdżkę, jakby sama gotowała się na dość niefortunny splot wydarzeń, w który mogły się zaraz wpakować.
Przystanęła na skraju wyjścia, mrużąc znowu oczy, ale to przez tę szarość i ciemność. Tak, zdecydowanie były nad gruntem, jeden nieostrożny ruch i noga złamana… Ta pieczara była z kolei ogromna.
– Nie mów hop… – mruknęła do Longbottom, nieufnie rozglądając się po okolicy, by zaraz zrobić dokładnie to samo co jej przyjaciółka. Przykucnęła i zrobiła krok na półkę skalną. Znając ich szczęście to naprawdę… Brakowało do tego wszystkiego tylko smoka. Albo lepiej, parki z młodymi – to byłoby zwieńczenie, wisienka na torcie. – Myślałam o tym cały czas. Te góry to idealne miejsce dla zielonych walijskich. Może tu wcale nie ma żadnych hipogryfów – a i kozy mogły być już pomału gatunkiem tu wymarłym, kto wie?