Gdzieś na krańcu języka tańczyło Victorii pytanie, czy Brenna chce poznać jej zdanie oficjalne, czy szczere. Były tutaj jednak całkiem same, nie musiały się bawić w protokół, nie kiedy, cholera, znały się dwadzieścia kilka lat i to nie na zasadzie „z widzenia”.
– Jest taka szansa i to niemała… One lubią wysokie partie gór i jedzą owce i inne tego typu – w sumie to ludziom raczej nie szkodziły, chyba, że były bardzo bardzo bardzo głodne. A tu wszystko pasowało – Vitoria co prawda żartowała sobie o tych kozach w liście do Brenny, ale trafiła całkiem celnie, a teraz wszystko układało się w gładką całość. Znalezienie tej łuski, całkowicie przypadkowe, też otwierało nowe, całkiem oczywiste odpowiedzi na wiele pytań. – Wytwórcy różdżek, eliksirów, pewnie przeróżnych przedmiotów też. Mieliby niezły skup i to za niemałe pieniądze – przyznała Brennie, samej wyobrażając sobie ile różnych miejsc można dzięki temu obskoczyć. I ile z nich byłoby na Nokturnie, by ominąć ewentualne kontrole…
Korzystając ze światła, jakie rzuciła Brenna, Victoria też wypatrywała różnych szczegółów, a z każdym jednym odsuwało to wszelkie myśli o hipogryfach. Jeśli miała rację (a Victoria lubiła myśleć, że naprawdę rzadko się myliła), to wdepnęły właśnie w niemały problem, a jednorożce były ledwie przystankiem i małym przecinkiem w tej całej historii, od której to wszystko się zaczęło.
– To trwa już miesiąc. Myślisz, że to mogło być z naszego powodu? – może faktycznie ostatnie działania Brenny coś im namieszały w planach? Jeśli tak… Victoria wolałaby, żeby to było tak, a nie, że dorwali biednego smoka całą bandą i zrobili mu krzywdę. Bo jeśli to było to drugie, to naprawdę będą mieli problem to wszystko wyśledzić. Nie było to niemożliwe, skąd, ale jednak utrudniałoby sprawę. – Z drugiej strony kiepsko po sobie posprzątali, skoro zostawili za sobą tak cenną łuskę – może jednak uciekali w popłochu… przed wizją dorwania ich przez Ministerstwo, skoro wiedzieli, że ktoś depcze im po piętach?
Prawda była taka, że miały na teraz za mało informacji i zwyczajnie… m u s i a ł y się tutaj rozejrzeć – właśnie dla tych cholernych raportów (które Victoria całkiem lubiła wypełniać).
Stała na półce skalnej, gdy Brenna zlazła na dół. Wolała być w tej chwili na podwyższeniu, by mieć oko na to, co się tam działo, ale gdy brygadzistka nachyliła się nad gniazdem i zobaczyła w nim skorupki jaj, to Victoria wypuściła z siebie powietrze. Czuła narastające w niej napięcie, czuła, że coś tu jest cholernie nie tak. Obróciła się, by przytrzymać się półki i zsunąć na dół, zeskoczyć te kilkadziesiąt centymetrów i ostrożnie poszła za śladami Longbottom, chcąc na własne oczy zobaczyć co tam było.
I faktycznie, były to skorupki. I to nie przesadnie stare.
– Brenna. Jeśli wzięli pisklęta, to matka musi być wściekła. I mogą być tu nawet dwa smoki – powiedziała cicho, i aż zaschło jej w gardle. Z dwóch podowów: jeśli wzięli pisklęta to o matko, co za gnoje, najchętniej by ich rozszarpała własnoręcznie, zaś drugim powodem było to, że jeśli przy okazji nie odłowili matki, albo ogólnie rodziców, to razem z Longbottom właśnie bardzo kusiły los.
Bardzo.
Mocno ścisnęła swoją różdżkę.