Zaczynali od statusu – wróg. Przyjemnie czuła się przemykając w ciemnościach hogwardzkich korytarzy kierując się w umówione z nim miejsce. W podnieceniu ściskając pasek torby, w której ukryte były eliksiry dla niego. Starała się nie wpaść na żadną zbroję, na żadnego prefekta, na nic, co wydałoby niepotrzebny hałas. W wyczekiwaniu czekała na karteczkę od niego z informacją o tym, w którym miejscu ma się zjawić. Lubiła besztać go za to, że wyłaniał się z cienia niczym zawodowy złodziej, czy zabójca strasząc ją i doprowadzając do tego, że serce przyśpieszało, a czasem z zaskoczenia nawet zakuło bólem. Nie raz został przez nia popchnięty w żartach, został obrażony w sposób sarkastyczny i zabawny. Kochała to jak zmieniał się przy niej w mrokach klas, z których razem obserwowali błonia. Uśmiechał się częściej, żartował bardziej, był mniej przybity niż na korytarzach w dzień. Lubiła nawet momenty, w których był wściekły, w których miotał się w tej swojej złości. Obserwowała każdą jego zmianę, każdą jego słabość, słuchała każdego wywodu, słuchała tego jak narzekał na swoją siostrę bliźniaczkę, jak narzekał na ojca, na dziewczyny, które próbowały zawładnąć jego sercem, próbowały go manipulować. Jak kpił ze świata i niesprawiedliwości. Lubiła jak pomagał jej w zadaniach, jak czasami uczył przydatnego zaklęcia do obrony i ataku. Nigdy jej nie wychodziło, ale zawsze starała się ćwiczyć, być przy nim lepszą wersją siebie. Nie znosiła jak mówił jej, że powinna być w Domu Węża, bo nie chciała do niego należeć, nie chciała być jedna ze Ślizgonek, uważała, że tam nie pasowała ze względu na swoje pochodzenie i serce, które posiadała. Nie była zła, prawda? Nie była chytra, prawda?
Skończyli na statusie – Złamane Serce. Wiele mówiło się o tym, że serce nie sługa, że nie ważne jak będzie się udawać, nie będzie się w stanie go uciszyć. Oni tego nie potrafili zrobić. Obiecywali sobie, że będą się przyjaźnić, że będą tylko grać w szachy i czytać książki, ale nie potrafili go wyłączyć. Serca nadal biły w ich piersiach i przyśpieszały, gdy tylko na siebie patrzyli. Wyrywały się do siebie, drażniły i bolały, bo nie boli przekroczyć tej granicy. Avelina pragnęła udowodnić sobie, że ten jej własny mięsień, którego nigdy nie słuchała nie bił dla niego. Chciałaby mieć siłę uparcie zatracić się w pracy, a może znowu wpaść w ramiona obcego mężczyzny jak się jej czasami zdarzało z głupoty robić. Czasem ludzie próbowali leczyć wielkie rany na sercu, malutkimi rzeczami, które prowizorycznie miały zasklepić ten ból, tą zadrę, której nie potrafiła schować przed światem.
– Tak, odezwę się. A jak się odezwę spotkamy się w tej altanie, w której widzieliśmy się w maju – odpowiedziała. Wyśle mu list, gdy będzie gotowa, napisze mu, że mogą się spotkać, albo wyśle po prostu cokolwiek, co sprawi, że on zrozumie, prawda? Da mu znak. Odezwie się. Nie porzuci go bez słowa, bez pożegnania, chociaż one nie były ich mocną stroną.
Wsunęła na stopę buta i podniosła się. Objęła się ramionami i bez słowa ruszyła w stronę ścieżki, z której przyszli. Jeszcze nie chciała przenosić się do domu. Do zgiełku. Do rzeczywistości. Chciała krótki spacer i miała nadzieję, że Augustus to zrozumie.
– Byłam po prostu głupia – spojrzała na niego upewniając się, że idzie za nią. – Przejdźmy się jeszcze – dodała dla pewności. – Chciałabym, aby nienawidzenie ciebie było tak samo proste jak kochanie – nie patrzyła na niego, szła powoli i obserwowała niebo. Bycie ptakiem wydawało się takie proste, takie łatwe, czemu nie mogła zostać jednym z nich. Mogłaby się wzbić w niebo i odlecieć. Nawet absurdalny lęk wysokości nie był teraz dla niej istotny.