21.11.2022, 13:51 ✶
W chwili, w której Darcy znalazł Daisy, ta akurat tkwiła w magicznym półśnie, realnej półjawie. Stan ten nie był u niej niczym szczególnym, akurat wspominała wyjątkowo męczącą lekcję transmutacji, w trakcie której McGonagall kazała im transmutować mysz w kubek z uszkiem. Jakoś się tak złożyło, że tamtego dnia tylko Daisy miała przed tym opory (też jej to specjalnie nie wychodziło, ale przecież to nie było ważne). Coś zżymało ją w środku na myśl o tym, że miałaby sama zostać zamieniona w kubek. W swojej wyobraźni przeprowadzała właśnie wielką rewoltę przeciwko okrutnej McGonagall. Była superpopularna, uwielbiana przez wszystkich i podziwiana. No i nie złapała ani szlabanu, ani nie straciła piętnastu punktów.
- Coo? Gdziee? – zainteresowała się, przystając obok brata. – Nott jest totalnie najgorszy w rzucaniu zaklęć – rzuciła lojalnie. Oczywiście wspomniany uczeń nie był aż TAK beznadziejny, ale powiedziała tak tylko dlatego, że Darcy nie lubił Notta, a skoro Darcy nie lubił Notta to Daisy też nie lubiła Notta. I to z zapiekłością największą, na którą tylko było ją stać. Powody nie odgrywały tu żadnej roli.
Zagapiła się na grupkę uczniów niżej. Pojedynki bywały taaaakie ciekawe! Daisy sama nie brała w nich udziału (trochę brakowało jej umiejętności, a trochę i nie za bardzo miałaby się z kim pojedynkować), ale chętnie by obejrzała jeden. Oczywiście z bezpiecznej odległości, w swojej głowie wyobrażając sobie, że pojedynek toczony jest bezpośrednio o nią, o jej honor, o jej miłość i o jej rękę.
- Ale czemu oni się chcą o niego bić? - zapytała zdziwiona. Według Daisy pojedynkowano się zawsze o coś prawdziwego. Ślizgoni i Gryfoni mogliby się pojedynkować, bo podobała im się ta sama dziewczyna (wszystkim czterem na raz); bo dostali niezasłużony szlaban albo zwyczajnie – bo się nie znosili. Ale o… o Ministra Magii? Dla niej Nobby Leach był postacią niemal mistyczną, którą nigdy nie zawracała sobie głowy. Jasne, wiedziała, że istniał, ale istniało też wielu innych czarodziejów, o których nigdy nie myślała. Nawet kiedy czytała gazety (w tym również „Czarownicę”), traktowała opisywanych w nich ludzi jak bohaterów nieistniejących opowieści, póki któryś nie wpadł jej na tyle w oko by zaczęła o nim sama fantazjować (wtedy jakoś od razu nabierał realnej postaci). – Ej, myślisz, że zrobią to tak zaraz? Czy to będzie jakaś… wieża astronomiczna o północy? Albo boisko quidditcha po kolacji?
- Coo? Gdziee? – zainteresowała się, przystając obok brata. – Nott jest totalnie najgorszy w rzucaniu zaklęć – rzuciła lojalnie. Oczywiście wspomniany uczeń nie był aż TAK beznadziejny, ale powiedziała tak tylko dlatego, że Darcy nie lubił Notta, a skoro Darcy nie lubił Notta to Daisy też nie lubiła Notta. I to z zapiekłością największą, na którą tylko było ją stać. Powody nie odgrywały tu żadnej roli.
Zagapiła się na grupkę uczniów niżej. Pojedynki bywały taaaakie ciekawe! Daisy sama nie brała w nich udziału (trochę brakowało jej umiejętności, a trochę i nie za bardzo miałaby się z kim pojedynkować), ale chętnie by obejrzała jeden. Oczywiście z bezpiecznej odległości, w swojej głowie wyobrażając sobie, że pojedynek toczony jest bezpośrednio o nią, o jej honor, o jej miłość i o jej rękę.
- Ale czemu oni się chcą o niego bić? - zapytała zdziwiona. Według Daisy pojedynkowano się zawsze o coś prawdziwego. Ślizgoni i Gryfoni mogliby się pojedynkować, bo podobała im się ta sama dziewczyna (wszystkim czterem na raz); bo dostali niezasłużony szlaban albo zwyczajnie – bo się nie znosili. Ale o… o Ministra Magii? Dla niej Nobby Leach był postacią niemal mistyczną, którą nigdy nie zawracała sobie głowy. Jasne, wiedziała, że istniał, ale istniało też wielu innych czarodziejów, o których nigdy nie myślała. Nawet kiedy czytała gazety (w tym również „Czarownicę”), traktowała opisywanych w nich ludzi jak bohaterów nieistniejących opowieści, póki któryś nie wpadł jej na tyle w oko by zaczęła o nim sama fantazjować (wtedy jakoś od razu nabierał realnej postaci). – Ej, myślisz, że zrobią to tak zaraz? Czy to będzie jakaś… wieża astronomiczna o północy? Albo boisko quidditcha po kolacji?