Sama rzadko przeklinała w towarzystwie i na prywatnych wyjściach; zdarzało się oczywiście, że coś tam jej się wymsknęło, ale ogólnie to kurwa nie stawała się żadnym przecinkiem w jej wątpliwym słowotoku (chociaż to nie tak, że przecież nic nie gadała, a kiedy było trzeba, to i nadążała za gadulstwem Brenny). Zresztą… Ani Laurent, ani Sauriel nie lubili, kiedy jej się wymsknęło to i owo. Za to w pracy… O w pracy kiedy było trzeba, to Victoria stawała się innym człowiekiem i potrafiła rozmawiać dokładnie, tak jak trzeba i z kim trzeba. Te kurwy, które leciały sobie w głowie Brenny, to urwane słowo, gdzieś tam też pływało po meandrach umysłu panny Lestrange, teraz tym bardziej, kiedy właściwie znalazły się trochę w potrzasku. Miały przed sobą jedynie to wąskie przejście, a wcześniej półkę skalną – i były tu zamknięte sam na sam ze smokiem, nie mogąc się stąd teleportować.
I nie były na to kompletnie przygotowane. Victoria zaczynała dostrzegać, że od tego cholernego Beltane nic tylko naraża życie i choć płacili jej dużo, to w tym wszystkim nie miała poczucia, że choć swoje życie rzucała na szalę, to Ministerstwo się nią zajmie w razie czego. Po akcji z Limbo musiała szukać odpowiedzi na własną rękę, nie mogąc w tej materii liczyć na rząd. A przy tym, że narażała życie… to miała poczucie, że zaczyna być jej wszystko jedno. To chyba było to uczucie beznadziei; tego, że cokolwiek nie zrobi, bo i tak jest szansa, że po prostu umrze, bo tak, bo Ministra i inni mieli to w dupie, bo nekromancja jest och taka zła i niedobra, trzeba zakazać.
Głupim ogniem też można było zabić człowieka, a jakoś tego nikt nie zakazywał. Tak, ogniem nie można było wskrzesić człowieka… ale i tak ludzie kombinowali nielegalnie i robił się problem.
Victoria złapała za wyciągnięte przez Brennę dłonie i z jej pomocą wgramoliła się na górę. Po drodze usłyszała trzask prutego materiału, musiała zahaczyć gdzieś nogawką, ale miała to w tej chwili kompletnie gdzieś. Była już na nogach, kiedy smok w końcu przebił się przez mur z kamieni, Victoria odruchowo spojrzała w tamtą stronę i zobaczyła oko. A nawet dwoje oczu. I… już wiedziała. Oczywiście, że wiedziała, kiedy smocza paszcza przecisnęła się przez wyłom.
– Brenna. WIEJ! – krzyknęła i zresztą sama puściła się biegiem po półce, za Brenną, nie zamierzając pozwolić by Longbottom znalazła się na bezpośredniej linii ognia. W razie czego gotowa była zasłonić przyjaciółkę własnym ciałem, albo rzucić ją na ziemię, by najgorsza fala przeszła po niej. To, że jej ubranie tego nie przetrwa, nie miało teraz absolutnie żadnego znaczenia.