27.12.2023, 00:23 ✶
Camille słyszała o tej restauracji, ale nigdy nie miała okazji, by się do niej wybrać. Zawsze jej brakowało czasu - z reguły chodziła po mniej wystawnych i mniej eleganckich miejscach, w których mogła wziąć coś na wynos, zanieść do mieszkania i tam odgrzać. Miała co prawda skrzatkę domową, ale tryb życia panny Delacour nie pozwalał na ustalenie jakiegoś harmonogramu czy w ogóle stałego planu dnia czy posiłków. Nierzadko bywało tak, że przygotowane przez nią jedzenie po prostu się marnowało. A Camille nie lubiła marnować jedzenia, więc wolała wydać pieniądze zamiast potem siedzieć w mieszkaniu i czekać, aż jedzenie się zrobi. Nie lubiła być głodna, to było jedno z gorszych uczuć, zaraz po ogromnym pragnieniu.
Chimera była gdzieś tam na jej liście miejsc, w których niezbyt szybko podają jedzenie. Wydawało się, że trzeba tu czekać nie wiadomo ile, a gdy wracała z dyżuru głodna i zła, to restauracja naprawdę byłaby najgorszym możliwym wyborem. Teraz jednak była w miarę najedzona - w przeciwieństwie do Chestera ona zjadła przed wyjściem. Dobrze się stało, bo nie zamierzała naciągać mężczyzny na jedzenie, poza tym matka ją zawsze uczyła, że nie wypada jeść za dużo w towarzystwie. I w ogóle jeść za dużo - nawet w samotności. Im Camille była starsza, tym paradoksalnie więcej zakazów i nakazów się pojawiało w jej życiu. To bywało frustrujące.
Gdy weszli do środka, niemal od razu uderzył ją zapach jedzenia. Był przyjemny, ciepły i kojący. Camille z ciekawością rozejrzała się po wnętrzu - czuła, że nie jest zbyt odpowiednio ubrana, ale dopiero co wrócili z sabatu. Poza tym nie było tu tłumów, było nawet kilka wolnych stolików, więc obsługa nie powinna narzekać.
- Dziękuję - uśmiechnęła się lekko, gdy Chester odsunął jej krzesło. To był miły gest, którego zabrało wśród młodszych czarodziejów. Jakoś tak wyparował, a przynajmniej wśród tych, których co jakiś czas podsuwała jej matka. Czasem zastanawiała się jak bardzo musieli być zdesperowani, by w ogóle godzić się na próbę aranżacji małżeństwa z prawie czterdziestolatką. Sięgnęła po kartę i z ciekawością zaczęła ślizgać wzrokiem po literach. Jej spojrzenie na dłużej zatrzymało się na pierożkach z ciasta szafranowego. Nie wyglądały na duże danie, ale były ciepłe i brzmiały ciekawie. Problemem jednak okazało się wino. Camille musiała dwa razy przeprosić kelnera, który podszedł, i poprosić o więcej czasu. Pod tym względem Chester miał dużo łatwiej, bo pił praktycznie to samo. Ona z kolei lubiła próbować nowych rzeczy, ale zanim je wybrała - musiało upłynąć trochę czasu. W końcu jednak skapitulowała i poprosiła, by podał to, co uzna za słuszne do jej dania. Oceni go później. - Przepraszam, to małe zboczenie rodzinne. Od wielu lat współpracujemy z rodziną Leroux, siłą rzeczy człowiek przesiąka wiedzą o winach, gdy ma tak bliski kontakt z jego wytwórcami.
Czuła że powinna się wytłumaczyć - nie zdecydowała się jednak na samodzielny wybór, bo podejrzewała, że trwałoby to zbyt długo. W zasadzie podejrzewała, że mogłaby wypić kilka różnych win a i tak pozostałaby trzeźwa, jednak nie chciała odkrywać przed Chesterem wszystkich kart. W zasadzie to go nie znała, był obcą osobą, na którą wpadła podczas sabatu. Dobrze, że poszedł z wnukami i bratem - mogłoby mu się nie spodobać to, w jaki sposób Camille podpuściła i spławiła Theona. Było to dość nieeleganckie zachowanie, ale trzeba było przyznać, że dzieciak sam kręcił sobie sznur śledzeniem jej. Za to dał jej nauczkę: nie zdradzać za wiele o sobie, bo jeszcze ktoś gotów byłby to wykorzystać. I to w mniej przyjemny sposób, niż Travers.
- W zasadzie łączy nas nie tylko biznes, ale i powinowactwo - dodała, wydymając lekko wargi w zamyśleniu. Lubiła Jacqueline i René, zawsze przyjmowali ją z otwartymi rękami, mówiąc że jest ich kolejną córką. Z Jacqueline łączyły ją więzy krwi, ale to była ta dalsza gałąź drzewa genealogicznego - nie czuła więc tego pokrewieństwa. Ale jej sympatię zyskali, zwłaszcza gdy dopiero się przeprowadziła do Londynu i potrzebowała wsparcia podczas stażu w Mungu. To było skomplikowane.
Na chwilę przerwała, gdy kelner przyniósł jej wino, a Chesterowi - ognistą whisky. Delacour z ciekawością zakręciła kieliszkiem. Na plus było to, że wino otworzono i nalano przy niej. Na minus jednak rocznik, który chcąc nie chcąc Camille zauważyła. Ale nie skomentowała, tylko podziękowała uprzejmym uśmiechem. Odprowadziła kelnera wzrokiem, zanim nie zakołysała bordowym trunkiem w kieliszku. Nie pachniało źle, smak też był znośny. Ale pijała lepsze. Ba, lepsze miała u siebie w mieszkaniu. Może jedzenie zatrze to wrażenie.
- Nie mówiłeś mi chyba, czym się zajmujesz? - ona mu w sumie też nie. Ale to ona była tu górą, bo pierwsza zadała pytanie, okraszone niewinnym, zaciekawionym uśmiechem.
Chimera była gdzieś tam na jej liście miejsc, w których niezbyt szybko podają jedzenie. Wydawało się, że trzeba tu czekać nie wiadomo ile, a gdy wracała z dyżuru głodna i zła, to restauracja naprawdę byłaby najgorszym możliwym wyborem. Teraz jednak była w miarę najedzona - w przeciwieństwie do Chestera ona zjadła przed wyjściem. Dobrze się stało, bo nie zamierzała naciągać mężczyzny na jedzenie, poza tym matka ją zawsze uczyła, że nie wypada jeść za dużo w towarzystwie. I w ogóle jeść za dużo - nawet w samotności. Im Camille była starsza, tym paradoksalnie więcej zakazów i nakazów się pojawiało w jej życiu. To bywało frustrujące.
Gdy weszli do środka, niemal od razu uderzył ją zapach jedzenia. Był przyjemny, ciepły i kojący. Camille z ciekawością rozejrzała się po wnętrzu - czuła, że nie jest zbyt odpowiednio ubrana, ale dopiero co wrócili z sabatu. Poza tym nie było tu tłumów, było nawet kilka wolnych stolików, więc obsługa nie powinna narzekać.
- Dziękuję - uśmiechnęła się lekko, gdy Chester odsunął jej krzesło. To był miły gest, którego zabrało wśród młodszych czarodziejów. Jakoś tak wyparował, a przynajmniej wśród tych, których co jakiś czas podsuwała jej matka. Czasem zastanawiała się jak bardzo musieli być zdesperowani, by w ogóle godzić się na próbę aranżacji małżeństwa z prawie czterdziestolatką. Sięgnęła po kartę i z ciekawością zaczęła ślizgać wzrokiem po literach. Jej spojrzenie na dłużej zatrzymało się na pierożkach z ciasta szafranowego. Nie wyglądały na duże danie, ale były ciepłe i brzmiały ciekawie. Problemem jednak okazało się wino. Camille musiała dwa razy przeprosić kelnera, który podszedł, i poprosić o więcej czasu. Pod tym względem Chester miał dużo łatwiej, bo pił praktycznie to samo. Ona z kolei lubiła próbować nowych rzeczy, ale zanim je wybrała - musiało upłynąć trochę czasu. W końcu jednak skapitulowała i poprosiła, by podał to, co uzna za słuszne do jej dania. Oceni go później. - Przepraszam, to małe zboczenie rodzinne. Od wielu lat współpracujemy z rodziną Leroux, siłą rzeczy człowiek przesiąka wiedzą o winach, gdy ma tak bliski kontakt z jego wytwórcami.
Czuła że powinna się wytłumaczyć - nie zdecydowała się jednak na samodzielny wybór, bo podejrzewała, że trwałoby to zbyt długo. W zasadzie podejrzewała, że mogłaby wypić kilka różnych win a i tak pozostałaby trzeźwa, jednak nie chciała odkrywać przed Chesterem wszystkich kart. W zasadzie to go nie znała, był obcą osobą, na którą wpadła podczas sabatu. Dobrze, że poszedł z wnukami i bratem - mogłoby mu się nie spodobać to, w jaki sposób Camille podpuściła i spławiła Theona. Było to dość nieeleganckie zachowanie, ale trzeba było przyznać, że dzieciak sam kręcił sobie sznur śledzeniem jej. Za to dał jej nauczkę: nie zdradzać za wiele o sobie, bo jeszcze ktoś gotów byłby to wykorzystać. I to w mniej przyjemny sposób, niż Travers.
- W zasadzie łączy nas nie tylko biznes, ale i powinowactwo - dodała, wydymając lekko wargi w zamyśleniu. Lubiła Jacqueline i René, zawsze przyjmowali ją z otwartymi rękami, mówiąc że jest ich kolejną córką. Z Jacqueline łączyły ją więzy krwi, ale to była ta dalsza gałąź drzewa genealogicznego - nie czuła więc tego pokrewieństwa. Ale jej sympatię zyskali, zwłaszcza gdy dopiero się przeprowadziła do Londynu i potrzebowała wsparcia podczas stażu w Mungu. To było skomplikowane.
Na chwilę przerwała, gdy kelner przyniósł jej wino, a Chesterowi - ognistą whisky. Delacour z ciekawością zakręciła kieliszkiem. Na plus było to, że wino otworzono i nalano przy niej. Na minus jednak rocznik, który chcąc nie chcąc Camille zauważyła. Ale nie skomentowała, tylko podziękowała uprzejmym uśmiechem. Odprowadziła kelnera wzrokiem, zanim nie zakołysała bordowym trunkiem w kieliszku. Nie pachniało źle, smak też był znośny. Ale pijała lepsze. Ba, lepsze miała u siebie w mieszkaniu. Może jedzenie zatrze to wrażenie.
- Nie mówiłeś mi chyba, czym się zajmujesz? - ona mu w sumie też nie. Ale to ona była tu górą, bo pierwsza zadała pytanie, okraszone niewinnym, zaciekawionym uśmiechem.