Nie wiedział, czy Paskuda sobie żartuje czy też nie, albo zapomniała kim był, albo po prostu nie znała go aż tak dobrze, że sądziła iż on naprawdę sobie pojedzie na Hawaje ze świadomością, że ktoś mógłby napaść na ten przybytek. Nie wyobrażał sobie tego, że miałby zostawić to miejsce bez swojej ochrony. Kłótnia z Brenną nie wpłynęła na niego jakoś szczególnie negatywnie, raczej bawiło go to, że Longbottom naprawdę myślała, że ten stąd pójdzie. Na jego ustach widniał nawet delikatnie drwiący uśmiech, gdy ta robiła mu wyrzuty. Stojąc niedaleko Lestrange palił już chyba drugiego, albo trzeciego papierosa – kto by to zliczył. Sam nawet nie zauważał kiedy odpalał następnego. Już nawet nie chodziło o przyjemność palenia, a sam fakt, że musiał to robić, bo inaczej bywał totalnie nie swój. Obserwował otoczenie szukając jakichkolwiek śladów tego, że coś nie pasowało do otoczenia, coś się wyróżniało, nasłuchiwał też, czy wokół były jakieś dźwięki odbiegające od normalności.
Vincent raczej nie miał paranoi, ale nie miał zamiaru zostawić tutaj Longbottom i Lestrenge samych. Mieszkał tu i pracował, czuł się odpowiedzialny za to miejsca, a znał wystarczająco dobrze Brenne, aby wiedzieć, że ta prędzej czy później sama wpadnie w jakieś kłopoty. Wątpił też, że Śmierciożercy zaatakują jakiegokolwiek Prewetta. Byłoby to chyba głupie z ich strony i nie rozsądne, ale sam Vinc nie chciał też lekceważyć tego, co mogłoby się wydarzyć, więc wolał tutaj być na wszelki wypadek. W ostateczności po prostu nic się nie stanie. Naprawdę zakładał, że te kobiety popadły po prostu w paranoję i zbyt mocno chciały chronić Laurenta. Nikt nie napadłby tego miejsca, nie?
– Chcesz? – zagadał do Vinctorii wyciągając kolejnego papierosa i podsuwając jej paczkę. Niezależnie od tego, co zrobiła chodził wzdłuż i obserwował otoczenie. W dłoni trzymał swoją różdżkę cały czas mając ją w pogotowiu. Może dziewczyny odrobinę wpoiły mu tą obawę przed potencjalnym atakiem, ale nadal uważał, że było to śmieszne.
Rzut na percepcję
Krytyczny sukces!