Starał się, by wyraz jego twarzy pozostał neutralny, wręcz obojętny. Dla postronnego obserwatora mógł jawić się jako ktoś, kto faktycznie jest zainteresowany obecnym stanem zdrowia krewniaka; w rzeczywistości martwił się jedynie o własne dobro. Widok Castora nie należał do przyjemnych – jego wymizerowana twarz straciła dawny urok, wątłe ciało musiało być słabe w wyniku nieustającego snu. Gdyby Elijah miał w sobie chociaż odrobinę empatii, zapewne ten widok prześladowałby go co noc, nie pozwalając zasnąć; w praktyce jedynie myśl o przebudzeniu brata wzbudzała niepokój.
- Nie musi pani przepraszać – wtrącił zaraz, zdając sobie sprawę, że jego poprzednie słowa mogły faktycznie wybrzmieć gburowato i niemiło. Nie mógł winić panny Bulstrode za zachowanie i słowa innych pracujących na oddziale. Do tej pory mógł śmiało stwierdzić, że stojąca naprzeciw niego kobieta faktycznie starała się z całych sił, by Castor ponownie wrócił do realnego świata. Jej motywacja pozostawała dla Elijaha zagadką – współczucie, chęć osiągnięcia perfekcji w zawodzie? Mimo wielu lat, podczas których natykali się na siebie wzajemnie, nigdy o to nie zapytał. Żadne nie przekroczyło cienkiej granicy między obojętną uprzejmością a rzeczowymi rozmowami o stanie zdrowia najstarszego z synów pana Burke’a.
- Wolałbym uniknąć takich sytuacji w przyszłości, rozumie pani… Moja matka nadal bardzo przeżywa wypadek Castora. Gdyby usłyszała o poprawie, której nie ma, mogłoby to ją załamać – dodał już łagodniejszym tonem, wyjaśniając motywy wcześniejszej wypowiedzi. Oczywiście dla świata zewnętrznego Burke’owie nadal stanowili potężną rodzinę, której nie złamał nawet wypadek dziedzica – i chyba tylko personel Munga widział przelane łzy, przekleństwa i błagania członków rodu. Sam Elijah był raczej oszczędny w okazywaniu emocji, szczególnie w obecności osób trzecich. Czasem przyłapywał się na tym, że mówił do Castora, lecz były to puste słowa, jedynie na pokaz; coś o niedawno wykonanych pracach w atelier, co nieco o Alexandrze, który stanowił dumę i radość Elijaha. Mógł domyślić się, że Florence – którą, swoją drogą, kojarzył już przecież z lat szkolnych – niejednokrotnie słyszała te wypowiedzi. Nawet, jeśli tak było, nigdy nie dała mu odczuć, że mógłby to być powód do wstydu.
Burke skinął powoli głową, rozważając słowa kobiety; wydał cichy pomruk aprobaty dla jej starań, chociaż jednocześnie poczuł niepokój; co by się stało, gdyby ta kobieta zdjęła klątwę jego brata?
- Mogę o coś zapytać? – zaczął nagle, i nie czekając na potwierdzenie, wziął głęboki wdech i pozwolił słowom płynąć swobodnie. – Dlaczego sprawa Castora jest pani aż tak bliska? Proszę nie zrozumieć tego źle, ale większość uzdrowicieli odpuściła próby zdjęcia klątwy po… jakim czasie, może roku? Pozwalają, by egzystował w tym szpitalu, a nasza rodzina rozumie, że nic więcej nie da się zrobić – podchwycił spojrzenie oczu kobiety; obsydianowe tęczówki mężczyzny nie wyrażały nawet cienia uczuć, chociaż wypowiadane zdania były uprzejme. – Z pewnością ma pani innych pacjentów. Takich, którzy mają realną szansę na powrót do zdrowia.
Dał tym samym jasno do zrozumienia, że samemu nie wierzył w cudowne ozdrowienie brata. Nie chodziło o wątpliwość związaną z umiejętnościami Bulstrode, nie; wolał zdecydowanie bardziej zniechęcić kobietę do podjęcia kolejnych prób, których sam fakt burzył jego ułożony spokój. Elijah wyjątkowo łagodnym gestem poprawił kołdrę okrywającą Castora niemalże po samą szyję, milknąc i przyglądając się pogrążonej we śnie twarzy, niegdyś tak pełnej życia.