Dla niego niedoskonałość była naturalna i w jakimś stopniu pożądana. Świadczyła ona o byciu człowiekiem. Pozostawał świadomy wszystkich swoich zalet i wad. Tego, że z powodu choroby i wszystkich powiązanych z nią problemów nie cieszy się przyzwoitą kondycją i nigdy nie będzie się cieszyć. Za to mógł poszczycić się tęższym umysłem i pozostałymi swoimi talentami. Przyjaźnił się z ludźmi, którzy akceptowali go takim, jakim jest i starali się go wspierać.
— Ja jestem fajny. A przynajmniej tak twierdzą moi przyjaciele. — Pomimo bycia osobliwym pozostawał lubiany przez sporą część uczniów. Zdanie pozostałych nie miało znaczenia, gdyż nigdy nie było tak, że było się lubianym przez wszystkich i nigdy nie będzie tak. Daleki był od podejmowania prób zaimponowania komukolwiek.
— Niegrzecznie jest wypowiadać się w ten sposób o mojej mamie, nauczającej wróżbiarstwa w tej szkole i będącej całkiem znaną w pewnych kręgach spirytystką. — Pozwolił sobie na stanowcze upomnienie, nie okazując jednak przy tym złości. Wyrobienie sobie własnego zdania na dany temat nie zawsze oznaczało, że należało je wygłosić. Czasami warto ugryźć się w język. Pozostawał świadom tego, jakie opinie krążą po szkole o jego matce. Na miarę możliwości stara się z tym walczyć. Tak jak teraz. Obcowanie z duchami wpływało na postrzeganie śmierci jako kolejnego etapu w życiu każdego człowieka, czegoś, czego nie powinno się bać jeśli wiodło się odpowiednio dobre życie i nie miało się niedokończonych spraw.
Jeśli zdecydowałby się zapytać o to Marthę to nie po to, aby z niej drwić. Przy bliższym poznaniu ona mogłaby się okazać zupełnie inną istotą. Może gdyby udało mu się z nią zaprzyjaźnić to wyniknęłoby z tego coś dobrego. Jak choćby to przekonanie jej do tego, aby zaprzestała podglądania innych uczniów, rzadziej zalewała łazienki i może stałaby się odrobinę... milsza w obyciu.
— Czasami mam inne wrażenie co do tego. — Wymruczał pod nosem. W oparciu o swoje doświadczenia miał podstawy ku temu aby twierdzić, że Hogwart to obóz przetrwania. Może nie groziło mu śmiertelne niebezpieczeństwo, jednak często musiał przeciskać się przez zatłoczone korytarze, pokonywać niezliczone kondygnacje schodów w swoim stałym tempie zawsze musząc po dotarciu na dane piętro odpocząć i liczyć na to, że pozostali Krukoni nie zjedzą tego na co akurat ma ochotę zanim dotrze do Wielkiej Sali na ucztę. Regularnie toczył nierówną walkę z praktycznymi dziedzinami magii. Pomimo tego, że uzdrowiciele zalecali jego rodzicom edukację domową, uznali oni że edukacja w Hogwarcie będzie dla niego odpowiednia. Bo to nie tylko miejsce nauki, ale także nawiązywania przyjaźni na całe lata. Za co był im bardzo wdzięczny, bo to najlepsze lata jego życia.
— Mhm... bywało lepiej. — Wymruczał znów. Nie chciał straszyć Laurenta ani opowiadać, ile razy dopadały go duszności po nawet niewielkim wysiłku fizycznym, jak bardzo czuje się zmęczony i osłabiony. Nie znali się na tyle, aby to miało miejsce. Trudno aby było dobrze, kiedy choroba dawała o sobie znać. Pełen pocieszenia gest wydał mu się całkiem miły, podnoszący na duchu. Docenił to. Z wyrażeniem swojej wdzięczności będzie musiał chwilę poczekać.
— Proszę, zaprowadź mnie do skrzydła szpitalnego. Jak już się ubierzesz. — Poprosił. Szkolna pielęgniarka doskonale wiedziała o jego przypadłości. Regularnie bywał w skrzydle szpitalnym, ilekroć poczuł się gorzej albo przypadał czas zażycia regularnie przyjmowanych eliksirów. Laurent nie mógł iść z nim do skrzydła szpitalnego w samym ręczniku. Mokra od wody koszula nawet nie znajdowała się na liście jego zmartwień.