Ta miłość, jaką od dziecka miała do ognia, była nieodzownym dowodem, że była córką swojej matki. Może i były podobne z wyglądu, podobieństwo nie do zaprzeczenia, choć Victoria nie była skórą zdjętą z Isabelli; ale z charakteru były przecież kompletnie inne (czyżby?). Za to to, że ciemnooka potrafiła wsadzić łapy do ogniska i nie wyć bólu, a wręcz wyciągnąć je i pokazać, że przecież nic jej nie jest, było ostatecznym dowodem na to, że była krwią z krwi Belli. I ta zdolność… Okazywała się szalenie przydatna. Czy jak była dzieckiem i razem z Brenną szalały po Dolinie Godryka, czy w szkole, kiedy pierwsze zaklęcia i mikstury nie wychodziły, jak trzeba i coś wybuchło żywym ogniem, kiedy w złości wrzuciło się do kominka papiery, by dwie sekundy później przypomnieć sobie, ze to przecież ważne i lądowało się na kolanach, by je wyciągnąć ku uciesze kolegów z pokoju wspólnego, i w końcu w pracy najpierw brygadzisty, a potem aurora. W takich sytuacjach jak ta… była wręcz niezastąpiona.
Nie było tu czasu na zbędne myślenie. Ogień był szybki i gorący, i nie było możliwości, by go wyprzedzić, skoro nie mogły się stąd teleportować donikąd. Były w potrzasku, pułapce zastawionej przez kłusowników na samych siebie… albo całkowicie świadomie wszystko zrobili tak, by Ministerstwo wpadło w te smocze sidła? To by było bardzo zmyślne i wcale nie niemożliwe. Nie przewidzieli tylko jednej rzeczy: Victorii. Pchnęła Brennę, wpadły do tunelu, Lestrange upadła całkowicie świadomie na Longbottom, by zakryć ją swoim ciałem możliwie jak najszczelniej… Poczuła podmuch, jak ogień liże jej ciało, jej włosy, jej plecy – to było miłe uczucie. I nawet to, nawet gorący smoczy ogień nie był w stanie sprawić by poczuła jakiekolwiek ciepło. Uderzyła się ręką w ścianę, zaryła po niej, zdzierając sobie trochę skórę, poobijała kolana, ale poza tym… Była jak nietknięta. Smok by się pewnie zdziwił, gdyby miał czas i możliwość zajrzeć w te dziurę, w którą wpadły.
Ale najwyraźniej tyle wystarczyło. Bo żyły – a niewiele ludzi mogło się pochwalić, że przeżyło bezpośrednie zionięcie smoczym ogniem ze smoczej paszczy, gdyby przed tym nie zażyli, całkowicie na to gotowi, eliksiru ochrony przed ogniem. Victoria podniosła się z Brenny, przetoczyła na bok, by następnie jak najszybciej wstać. Nie dbała teraz o własne ubranie, ani o to, że jej stanik to się już nie nadawał do trzymania niczego, ani że koszula też jej chyba zaraz odpadnie, a marynarka to była dwoma malutkimi płatami materiału. Ani, że wciąż płonęła. Wyciągnęła ręce do Brenny, by pomóc jej wstać.
– To nic – mruknęła, nie zwracając uwagi na ten ogień. Nie miały na to czasu. – Wiejmy… zanim się uwolni i wsadzi tu swój dziób – technicznie to łeb, ale wiadomo, o co chodzi. Lestrange zdołała się tylko schylić jeszcze po swoją różdżkę, chyba tylko cudem uniknęła spopielenia. I najwyraźniej obie myślały o tym samym. – Nie… – odpowiedziała Brennie tylko, bo nie czuła jeszcze pieczenia na ręce i kolanach, adrenalina robiła swoje. – A ty? – zapytała jeszcze, i puściła się biegiem po korytarzu, w którym się znajdowały, oczywiście na tyle, na ile mogła… Chyba że Brenna zwolniła, to starała się dotrzymać jej kroku i w razie czego zostać w tyle. Tak, z pewnością czekało je dużo pracy, a na pewno czekał na nie raport. I niczego nieświadomy Apollo.