28.12.2023, 12:50 ✶
– Poznałaś moją straszną tajemnicę, Geraldine. Jeśli komuś ją zdradzisz, będę musiała usunąć cię z tego świata – poinformowała Florence z poważną miną.
Nigdy nie zbierała kart z czekoladowych żab, a i nie szalejąc za słodyczami, nie kupowała ich często. Jeżeli już jakąś dostała, najczęściej trafiała do kogoś młodszego z rodziny. Florence nigdy też nie miała ambicji, aby jej twarz kiedyś spojrzała z talii – choć przecież osobą niezwykle ambitną była. Po prostu zależało jej na nieco innych rzeczach niż Geraldine. I chyba nigdy nie pragnęła sławy, a w kwestii uznania…
…obchodziło ją głównie swoje własne.
Powaga ustąpiła na moment, uśmiech zamajaczył na ustach Florence, gdy Geraldine wspomniała, że wolałaby jej aprobatę niż jej ojca i wuja.
– Przecież ją masz, moja droga. Żyjesz po swojemu i dajesz sobie radę, w świecie, w którym nie jest to łatwe. Szanuję to – powiedziała dość krótko, bo chociaż może i nie należała do tych, którym zależało, aby schwytać coś i zbadać dla samego zbadania, i nie w pełni to rozumiała, to przecież rozumieć wcale nie musiała. Florence należała do tych, którzy pojmowali, że istnieją różne drogi. Nie była na pewno wielbicielką ścieżki zawodowej Yaxleyówny, ale i tego nigdy nie komentowała. – Różnie się splata. Może jeszcze kiedyś ktoś będzie czekał na ciebie bądź ci towarzyszył.
Ona sama właściwie – wychowywana w rodzinie, w której przyszła na świat – kiedyś zakładała, że wyjdzie za mąż, jeśli nie z miłości, to z rozsądku. Oba jej związki rozpadły się jednak, jeden bo ważniejsza była nauka i praca, drugi, bo ważniejsi okazali się krewni i przyjaciele. I Florence postąpiła tak, jak niemal ze wszystkim: zaakceptowała to, jak splotły się ścieżki i zapełniła swoje życie czymś innym.
– A co do mieszkania samej i odwiedzin… pewnie się przekonam. Ale nie sądzę, by nastąpiło to w najbliższym czasie – dodała i podniosła się z miejsca, sięgając po swoją niewielką torbę, a potem po kapelusz, by umieścić go na włosach. I ledwo chwilę później wysiadały obie na stacji w Dolinie Godryka.
Nigdy nie zbierała kart z czekoladowych żab, a i nie szalejąc za słodyczami, nie kupowała ich często. Jeżeli już jakąś dostała, najczęściej trafiała do kogoś młodszego z rodziny. Florence nigdy też nie miała ambicji, aby jej twarz kiedyś spojrzała z talii – choć przecież osobą niezwykle ambitną była. Po prostu zależało jej na nieco innych rzeczach niż Geraldine. I chyba nigdy nie pragnęła sławy, a w kwestii uznania…
…obchodziło ją głównie swoje własne.
Powaga ustąpiła na moment, uśmiech zamajaczył na ustach Florence, gdy Geraldine wspomniała, że wolałaby jej aprobatę niż jej ojca i wuja.
– Przecież ją masz, moja droga. Żyjesz po swojemu i dajesz sobie radę, w świecie, w którym nie jest to łatwe. Szanuję to – powiedziała dość krótko, bo chociaż może i nie należała do tych, którym zależało, aby schwytać coś i zbadać dla samego zbadania, i nie w pełni to rozumiała, to przecież rozumieć wcale nie musiała. Florence należała do tych, którzy pojmowali, że istnieją różne drogi. Nie była na pewno wielbicielką ścieżki zawodowej Yaxleyówny, ale i tego nigdy nie komentowała. – Różnie się splata. Może jeszcze kiedyś ktoś będzie czekał na ciebie bądź ci towarzyszył.
Ona sama właściwie – wychowywana w rodzinie, w której przyszła na świat – kiedyś zakładała, że wyjdzie za mąż, jeśli nie z miłości, to z rozsądku. Oba jej związki rozpadły się jednak, jeden bo ważniejsza była nauka i praca, drugi, bo ważniejsi okazali się krewni i przyjaciele. I Florence postąpiła tak, jak niemal ze wszystkim: zaakceptowała to, jak splotły się ścieżki i zapełniła swoje życie czymś innym.
– A co do mieszkania samej i odwiedzin… pewnie się przekonam. Ale nie sądzę, by nastąpiło to w najbliższym czasie – dodała i podniosła się z miejsca, sięgając po swoją niewielką torbę, a potem po kapelusz, by umieścić go na włosach. I ledwo chwilę później wysiadały obie na stacji w Dolinie Godryka.