28.12.2023, 18:49 ✶
Słowa Roberta nie odbiły się złowieszczym echem - głównie dlatego, że pomimo iż Henrietta zabrała część swoich rzeczy, to nie było tu pusto. Głos niknął w ścianach, meblach i książkach, które zostawiła. Nie odpowiedział mu ani własny głos, ani głos Henrietty. Po prostu rzucił swoje słowa w eter, retorycznie wręcz.
Toaletka była dobrym tropem - ona również była zabałaganiona, lecz nie było tego widać na pierwszy rzut oka. Znajome perfumy zostały, podobnie jak pędzle czy puder i inne mazidła do makijażu. Zupełnie tak, jakby Henrietta wyszła na chwilę po sprawunki i zaraz miała wrócić. Na blacie nie było ani pyłka kosmetyków, jakby kobieta dbała o to, by toaletka pozostawała czysta. Na pędzlach skrzyły się drobinki białego proszku, zupełnie jakby niedawno ich używała. Może dzisiaj, może wczoraj - na pewno miała jednak czas, by wytrzeć blat. Lustro było pokryte w niektórych miejscach smugami, jakby kobieta nie do końca dbała o to, by czyścić je na błysk codziennie. Kolejna ryska na tafli emocji Roberta, który przecież słynął z pedantyzmu. Jak można było się malować przy brudnym lustrze?
Szafki były strzałem w dziesiątkę. Jedna była niemal całkowicie pusta, a patrząc na to, jak w dzisiejszych czasach kobiety - zwłaszcza w tym wieku - dbały o urodę, to na pewno wcześniej znajdowały się tu kosmetyki. Widział puder, jakieś jasne plamy na drewnie, jakby coś się rozlało. Otwarta i wrzucona byle jak szminka. W drugiej szufladzie był notes. W środku jednak był niezapisany. Ale na pewno go używała, bo środkowe kartki zostały wyrwane, a na jednej stronie odznaczyły się wyżłobienia ołówka, których jednak nie mógł odczytać nawet pod światło. Musiałby znaleźć na to inny sposób.
Skrzatka domowa zjawiła się prawie od razu z charakterystycznym dźwiękiem jakby materializującego się powietrza. Czekała w milczeniu, najpierw skłaniając się Robertowi, a potem wodząc wielkimi, wyłupiastymi oczami za swoim panem. Nie odzywała się nieproszona, czekała posłusznie na pozwolenie lub na zadane pytanie z dłońmi ściśniętymi na podołku, na brudnej… brudnym - czymś w rodzaju odzienia. Wyglądała jednak na poddenerwowaną. Nie przebierała nogami, nie piszczała, ale po jej minie widać było, że coś ją w środku uwiera i gniecie, że chciałaby wiedzieć, czego Robert szuka i mu pomóc na wszelkie możliwe sposoby. W końcu był jej panem, to właśnie mu służyła i chciałaby mu jakoś pomóc, ale nie zapominała o zasadach, tak boleśnie przypominanych. Zwłaszcza że Mulciber wyglądał na prawie tak samo zdenerwowanego, jak i ona sama. Z tą różnicą, że u niego to było zdenerwowanie wywołane gniewem, a u niej - niepewnością i strachem.
W szkatułce brakowało rodzinnej biżuterii Henrietty. Zostały jakieś naszyjniki, kolczyki i bransoletki. Oraz obrączka.
Toaletka była dobrym tropem - ona również była zabałaganiona, lecz nie było tego widać na pierwszy rzut oka. Znajome perfumy zostały, podobnie jak pędzle czy puder i inne mazidła do makijażu. Zupełnie tak, jakby Henrietta wyszła na chwilę po sprawunki i zaraz miała wrócić. Na blacie nie było ani pyłka kosmetyków, jakby kobieta dbała o to, by toaletka pozostawała czysta. Na pędzlach skrzyły się drobinki białego proszku, zupełnie jakby niedawno ich używała. Może dzisiaj, może wczoraj - na pewno miała jednak czas, by wytrzeć blat. Lustro było pokryte w niektórych miejscach smugami, jakby kobieta nie do końca dbała o to, by czyścić je na błysk codziennie. Kolejna ryska na tafli emocji Roberta, który przecież słynął z pedantyzmu. Jak można było się malować przy brudnym lustrze?
Szafki były strzałem w dziesiątkę. Jedna była niemal całkowicie pusta, a patrząc na to, jak w dzisiejszych czasach kobiety - zwłaszcza w tym wieku - dbały o urodę, to na pewno wcześniej znajdowały się tu kosmetyki. Widział puder, jakieś jasne plamy na drewnie, jakby coś się rozlało. Otwarta i wrzucona byle jak szminka. W drugiej szufladzie był notes. W środku jednak był niezapisany. Ale na pewno go używała, bo środkowe kartki zostały wyrwane, a na jednej stronie odznaczyły się wyżłobienia ołówka, których jednak nie mógł odczytać nawet pod światło. Musiałby znaleźć na to inny sposób.
Skrzatka domowa zjawiła się prawie od razu z charakterystycznym dźwiękiem jakby materializującego się powietrza. Czekała w milczeniu, najpierw skłaniając się Robertowi, a potem wodząc wielkimi, wyłupiastymi oczami za swoim panem. Nie odzywała się nieproszona, czekała posłusznie na pozwolenie lub na zadane pytanie z dłońmi ściśniętymi na podołku, na brudnej… brudnym - czymś w rodzaju odzienia. Wyglądała jednak na poddenerwowaną. Nie przebierała nogami, nie piszczała, ale po jej minie widać było, że coś ją w środku uwiera i gniecie, że chciałaby wiedzieć, czego Robert szuka i mu pomóc na wszelkie możliwe sposoby. W końcu był jej panem, to właśnie mu służyła i chciałaby mu jakoś pomóc, ale nie zapominała o zasadach, tak boleśnie przypominanych. Zwłaszcza że Mulciber wyglądał na prawie tak samo zdenerwowanego, jak i ona sama. Z tą różnicą, że u niego to było zdenerwowanie wywołane gniewem, a u niej - niepewnością i strachem.
W szkatułce brakowało rodzinnej biżuterii Henrietty. Zostały jakieś naszyjniki, kolczyki i bransoletki. Oraz obrączka.