A ona chciałaby usłyszeć jego zdanie. Jego zainteresowanie tematem. Życzenie, by dobrze się bawiła, zapytanie dokąd w ogóle jedzie i czemu. Gdyby nie chciała, to nie pisnęłaby ani słowem. Gdyby nie chciała go w swoim życiu, to odcięłaby się bardzo skutecznie – a wtedy pocztą dostałby swoje książki, które nadal u niej leżały i pierścionek, z którym nie miała pojęcia co zrobić. Wtedy wiedziałby, że to definitywny koniec znajomości, którą koncertowo spierdolił i że nie ma nikogo, kto by się o niego martwił. A ona martwiła się nadal. Jeśli chciał to sprawdzić, przychodząc tutaj poobijany po jakimś mordobiciu, to chyba właśnie miał swoją odpowiedź – że ona nadal dostrzegała te szczegóły, nadal się martwiła i nadal na swój sposób troszczyła. A mogła go stąd wypierdolić i wydać. Miała wrażenie, że w swojej relacji cofnęli się do początku – to wielkiego dystansu, szarpania się ze znajomością, do której ona musiała mieć cierpliwość, by jakkolwiek się do niego przebić, a jedyną różnicą było, że jej nie obrażał i ona też nie rzucała fochem stulecia, po którym nie rozmawiali półtora miesiąca. I może i mogłaby przejść przez to jeszcze raz, może i mogłaby próbować go oswajać od nowa… tylko że nie miała na to czasu. Nie, że nie chciała mu tego czasu dać; to świat nie dawał jej czasu. A gdyby miała wybór, to sto razy bardziej wolałaby ciągle odczuwać tę więź i jej ciągnięcie, niż… to, co czuła teraz – a Sauriel wcale nie czuł najgorszych rzeczy. Nie czuł, jak umierała, będąc w limbo. Nie czuł, jak umierała na statku. I nie czuł, kiedy spowiły ją ognie smoczego płomienia. Za to ona czuła, jak ojciec go torturował – nie wiedziała, ze to ojciec, ale czuła to wszystko. I widziała go po tym, biednego, wyciągającego do niej ręce, wpatrzonego w nią jak w jakiś święty obrazek.
A teraz… Był obrót o sto osiemdziesiąt stopni. I oczywiście, że się zastanawiała, czy tego nie powtórzy. W innym wypadku nie napisałaby do Stanleya, by miał na Sauriela oko. Oczywiście, że się bała. Oczywiście, że się martwiła. I co będzie, gdy jej zabraknie?
Może naprawdę powinni usiąść i porozmawiać. Powiedzieć, co im grało w duszy, powiedzieć co się dzieje. Victoria z jednej strony bała się poruszać temat, a z drugiej bała się, że nie wystarczy jej czasu.
– Bo rośliny najlepiej rosną nawożone. A co jest wspaniałym nawozem? Gówno – i powiedziała to takim tonem, jakby właśnie sprzedawała mu jakąś tajemnicę. Może i była to tajemnica: tajemnica jej zjebanego poczucia humoru. – Pewnie i tak szybciej by było, jakbym sobie uwarzyła jakąś truciznę – odpowiedziała równie spokojnie jak przed chwilą, zupełnie jakby rozmawiali teraz o pogodzie, a nie o umieraniu. – Ale byłoby to sto razy mniej widowiskowe – i już miała otworzyć buzię, by opowiedzieć mu o tym, co się dzieje z człowiekiem potraktowanym cyjankiem, ale sobie darowała.
– Więc co jest dużą sprzeczką? – i jakie były te standardy? Widziała go w akcji i jak na ironię akceptowała to od samego początku. To, że lubił się bić. To, że miał w sobie tę agresję. Tak długo, jak nie wyładowywał jej na niej albo na bliskich jej osobach – to było okej. Kiedy dobrał się do jednego z pudeł, po chwili wahania podeszła do niego, by mu pomóc. Znaczy… To on chciał pomóc, ale czemu miał robić wszystko sam? Skoro już tu był i mogli spędzić trochę czasu razem, to… nie musieli się przecież kryć po dwóch różnych końcach pokoju. Albo domu. – To są obrazy i zdjęcia – powiedziała cicho, widząc, co wyciągnął. I kiedy trzymał to w rękach, to delikatnie odwinęła koc. Był to pejzaż; widok na góry i małą chatkę. A kiedy stała obok, to miała wrażenie, że aż zakręciło jej się w głowie. – Ładnie pachniesz – powiedziała cicho, nie patrząc jednak na niego a na obraz.