Ostatnie, co chciała zrobić, to go skrzywdzić – czynem, słowem, obojętnie. Nie chciała tego robić. A jeśli zrobiła, to zupełnie niechcąco, nieświadomie, bo tak mało jej mówił, tak mało rozumiała i wszystko musiała sobie składać i układać w głowie sama. Nie współpracował, był trudnym przypadkiem i rozumiała dlaczego tak jest. Akceptowała to i już dawno powiedziała sobie, że chciałaby mu pomóc, nawet jeśli on tego nie ułatwiał. Tylko, że gdy masz dwadzieścia siedem lat to nie myślisz o tym, że za chwilę umrzesz. Nawet, jeśli była aurorem, to po prostu o tym nie myślała, o swoim końcu. Ale od maja… zaczęła. Nienachalnie, ale te myśli gdzieś tam się kłębiły. W lipcu uderzyły z mocą, bo nie były tylko jakąś tam niewinną myślą. Czas jej się kurczył, kończył i nie było w tym żadnej sprawiedliwości. Chciała wiedzieć, co zrobiła źle. Bo wiedziała, że coś… Tylko nie miała pojęcia co, a jej jedyny trop, podsunięty przez Laurenta, został przez Rookwooda zaprzeczony, więc…? Czuła, że to taka niedokończona sprawa, czy jeśli umrze to to sprawi, że zamiast odejść, zostanie tu na wieczne umęczenie? Tego nie chciała dla siebie jeszcze bardziej. Może coś z tego oswajania dzikiego i skrzywdzonego kota faktycznie w tym było… Te wszystkie ruchy, które zawsze do niego robiła, były jak wyciągnięcie ręki, by mógł ją powąchać, jak obietnica, że nigdy nie zrobi mu krzywdy. A on, jak to kot, wsunął się do jej serca niepostrzeżenie i już tam został.
– Nie wiem. A chcesz przeprowadzić eksperyment? – czemu akurat pomyślał o ludzkiej kupie? Zresztą najgorsze było to, że oboje właśnie mieli przed oczami tę samą wizję kibelka i doniczki. W tym domu jednak nic takiego się nie działo, Victoria nie była żadnym barbarzyńcą i o swoje rośliny dbała w inny sposób, znacznie bardziej przyjemny. – Nie wiem czy miałabym tyle cierpliwości – przyznała. Zresztą jeśli już ktoś miał umierać, to wolałaby, by było to szybko i by się zbytnio nie męczył. Były znacznie lepsze sposoby niż sprawdzanie czy i jak bardzo trujące były owoce psianki. Nie była tak nieskalana zepsuciem, by wierzyć, że świat można zbawić, że ludzie nie będą umierać. A niektórzy nawet, według niej, na to zasługiwali. Voldemort na przykład. – Z tym czekaniem też jest problem. Może się za dużo wydarzyć. Może przyjść ktoś z antidotum na przykład. Albo może komuś innemu zdążyć jeszcze coś zrobić – było to po prostu bardzo niepraktyczne.
– Aha – sądziła do tej pory, że Sauriela zdenerwować było bardzo łatwo. – To nie zdenerwowałeś się? Że masz rozcięte usta? – czy robił to bardziej dla sportu? – O co w ogóle poszło? – normalna rozmowa… A przynajmniej chciała, by była to normalna rozmowa, skoro już Sauriel wylazł z domu, przyszedł tu z własnej woli i chciał z nią gadać. Nawet jeśli temat był bardzo… niekonwencjonalny. – Lubię. Uspokajają mnie – wpatrywała się w ten obraz przez moment, wyobrażając sobie siebie w górach. Lubiła góry. Lubiła lasy. Lubiła chyba wszystko, co związane było z ziemią. – Mhm, nie wszyscy. Ale mam tam kilka takich ładniejszych obrazów – wskazała ruchem głowy na pudło, którym zajmował się Sauriel, a potem zamarła na chwilę. Masz dziwny gust. Czy miała? A o gustach się przypadkiem nie dyskutowało? Tak przynajmniej mówili niektórzy. Może nie powinna mu powiedzieć tych kilku słów, może się zagalopowała… Mrugnęła i spróbowała się uśmiechnąć. – Tak? Dopiero teraz się zorientowałeś? – nawet nie wiedziała, w którym momencie zapach tytoniu jej się tak spodobał. Niekoniecznie dym palonych papierosów, ale po prostu tytoniu… Choć dym, który osiadał na ubraniach… ten mieszał się z czym innym, nie potrafiła powiedzieć, po prostu jej się podobało. Tak jak podobał jej się on i przecież wiedział o tym od dawna. Więc… dopiero dzisiaj zorientował się, że najwyraźniej miała dziwny gust? – Jak będzie krzywo i będzie mi przeszkadzać, to najwyżej poprawię – mruknęła. A pewnie będzie jej przeszkadzać, była jebaną pedantką i miała pierdolca na punkcie krzywo poukładanych rzeczy. Wyciągnęła gwoździe i młotek z innego pudełka, oczywiście, że była przygotowana i wskazała mu ścianę, na której chciała mieć ten obraz. Bo tek akurat chciała w salonie, tak. Jakaś drabinka na pewno też się znalazła, w końcu dopiero się tutaj wprowadzała.
– Krzywo, bardziej w lewo – już słyszała siebie mówiącą zaraz, że „a teraz trochę w prawo”, wyobraźnia podpowiadała jej też odpowiedź, „zamknij się, kobieto, albo sama rób” – jakie to typowe, nie? Patrzyła na wieszany i poprawiany obraz, na plecy Sauriela, uśmiechała się do siebie, zupełnie bez sensu. To było miłe. Milsze niż się spodziewała, że będzie. Powinna mu powiedzieć? Powinna, wiedziała to podskórnie, tak jak podskórnie wiedziała, że to Limbo wysysa z niej życie. Ale kiedy powinna? Który moment będzie dobry? Dzisiaj? Za trzy dni?