31.12.2023, 18:06 ✶
Jeśli chodziło o przyjęcie, to nie miała ochoty na nie iść z kilku powodów. Pierwszym było to, że chociaż Olivia lubiła przebywać wśród ludzi, to takie zbiegowiska wyczerpywały ją psychicznie i emocjonalnie. Zwykle po większych spędach potrzebowała kilku dni w ciszy i samotności, żeby dojść do siebie. Wyjątek stanowiło przebywanie wśród bliskich osób, wśród których czuła się swobodnie. Ale tu oprócz Tristana nie miało być żadnej bliskiej osoby - takie imprezy były dla niej dość stresujące. Musiała się ciągle pilnować, żeby niczego nie chlapnąć, żeby nikogo nie urazić czy po prostu nie paplać za dużo, a to konkretnie drenowało siły. Tristan chyba jeszcze nie miał okazji widzieć Olivii całkiem samej wśród obcych. Mógłby się zdziwić na widok tej nowej, grzecznej i milczącej wersji, którą dziewczyna pokazywała światu. Zupełnie jakby stawała się wtedy kimś innym.
Drugą rzeczą było podejrzenie, że i Tristan nie czułby się dobrze podczas takiego przyjęcia. Imprezy wymagały ogromnej interakcji z innymi, często był też na nich alkohol, który skutecznie kruszył mury zahamowań i przyzwoitości. To właśnie alkohol był trzecim powodem, dla którego nawet o pójściu tam nie wspomniała. Doskonale wiedziała, jak się zachowuje po nim, a przy Tristanie wolała zachować trzeźwość umysłu. Nie dlatego, że mu nie ufała - a dlatego, żeby nie otworzyć się za bardzo. Nie ma chyba nic bardziej żenującego niż wyznawanie uczuć po pijaku, prawda?
Ruda spojrzała na to, co napisał mężczyzna i kiwnęła głową, lekko się uśmiechając.
- Lubię wygrywać, nic na to nie poradzę - jej twarz rozjaśniła się pod wpływem uśmiechu. Chociaż naprawdę wolałaby, żeby to było coś wartego zachodu, to sama gra i fakt, że coś im wychodziło wspólnie, było dla niej w zupełności wystarczające. Olivia zapłaciła, owszem, zapewne niemało, ale dla niej to nie miało znaczenia. Ward utrzymywał się sam, ona wciąż mieszkała z rodzicami. Nie miała na co wydawać pieniędzy, przepieprzała je więc z przyjemnością na książki i prezenty dla siebie i najbliższych. Sporą część odkładała na sklep, który miały otworzyć z Aveliną, ale prawdę mówiąc to Olivia nigdy nie nauczyła się dobrze gospodarować pieniędzmi. Nie to, żeby była przesadnie rozrzutna, bo na ten przykład chodziła w starych ciuchach, jeśli nie były dziurawe i rozciągnięte, nie miała całej szafy butów czy osobnego pokoju na torebki. Miała problem, żeby wydawać pieniądze na siebie, poza oczywiście książkami. I jedzeniem. - Pewnie, że nie tutaj, nie naraziłabym cię celowo na wyglądanie jak zmokła kura. Swoją drogą to miłe z ich strony, że dbają o nas, prawda? Ale to też może sugerować, że ta burza może być naprawdę niebezpieczna.
Lubiła wygrywać, ale nie aż tak. Skoro organizatorzy postanowili przerwać zabawę, to chwyciła mocno Tristana za rękę, żeby potem na "Trzy" razem z nim dotknąć pierścionka, który był w paczuszce.
Kolejny skręt żołądka i błyskawiczna podróż nie wywołały u Olivii wymiotów, na szczęście. Z tym to jak z loterią, chociaż trochę jej było niedobrze. W gruncie rzeczy były teraz w niej dwa wilki - jeden żałował, że gra się już kończy, a drugi się cieszył, że to koniec tych skoków, bo jeszcze dwa i Tristan by ją nogami do przodu wnosił do Londynu. Wylądowali na skraju lasu, przed chatką. Dym nie sączył się z komina, w oknach nie paliły się świece. Wyglądała na opuszczoną, ale nie była ruiną. Wyglądała trochę na coś w rodzaju domku na lato, z którego korzystało się tylko w cieplejsze pory roku, żeby odpocząć od miejskiego zgiełku. Widzieli miejsce na ognisko i ławki, a także piękne kwiaty, zasadzone w dużych doniczkach. Miały śliczne, fioletowo-niebieskie kolory. Ktoś musiał tu regularnie bywać i je podlewać. Było chłodno, ale drzewa trochę osłaniały ich przed wiatrem. Gdzie wylądowali? Patrząc na porę dnia i pogodę, to chyba wciąż byli na Wyspach Brytyjskich, chociaż pogoda tutaj była lepsza, niż na plaży. Było też cieplej, no i nie było śladu po burzy.
- Ładnie tu - powiedziała, rozglądając się. W oddali oboje widzieli zabudowania, były może pięć kilometrów od nich. Niezbyt daleko, niezbyt blisko - tak w sam raz, gdyby chcieli od razu wracać do Londynu po rozwiązaniu zagadki. Albo iść rano, pieszo. Teren był łagodny, nie musieliby się wspinać, to byłby w zasadzie dłuższy, spokojny spacer.
Olivia pociągnęła Tristana za rękę w kierunku chaty.
- Chodź, zrzucimy rzeczy i poszukamy tej szkatułki, dobrze? Ale przysięgam, że jeśli do otwarcia drzwi będę musiała myśleć, to chyba je wyważę zaklęciem - żartowała. Chyba. A może i nie? Nie to, że miała dość zagadek, ale po prostu uważała, że nakładanie zaklęć na drzwi czy szukanie klucza, gdy na ten przykład ona musiała iść do łazienki czy chciało jej się pić, było niestosowne. Na ich szczęście nikt nie wpadł na taki głupi pomysł, bo drzwi były otwarte. W środku znajdował się salonik z aneksem kuchennym (kilka szafek, kuchenka, lodówka, nic specjalne), łazienka i pokój z trzema łóżkami. W saloniku była niewielka kanapa i stolik kawowy. A na nim - szkatułka. Pozytywka raczej, z baletnicą na czubku. Miała niebiesko-różowo-białe barwy i pozłacane elementy. Przy niej stała koperta.
Na szkatułce macie pięć symboli. Wciśnijcie je w ustalonej zagadkami kolejności, a odkryjecie tajemnicę.
- A skąd mamy wziąć tę kolejność? - burknęła, oddając kopertę Tristanowi. Widziała tam symbole powietrza, wody, ziemi, ognia i śmierci. I znowu zero wskazówek wokół. - Jak niby zagadki miały dać nam kolejność, skoro nawet nie rozwiązaliśmy wszystkich przez burzę?
Quirke zrzuciła plecak na ziemię i opadła na kanapę. Co za chamstwo i niesprawiedliwość. Kombinacji pewnie było od groma, będą tu do rana wciskać guziki.
Drugą rzeczą było podejrzenie, że i Tristan nie czułby się dobrze podczas takiego przyjęcia. Imprezy wymagały ogromnej interakcji z innymi, często był też na nich alkohol, który skutecznie kruszył mury zahamowań i przyzwoitości. To właśnie alkohol był trzecim powodem, dla którego nawet o pójściu tam nie wspomniała. Doskonale wiedziała, jak się zachowuje po nim, a przy Tristanie wolała zachować trzeźwość umysłu. Nie dlatego, że mu nie ufała - a dlatego, żeby nie otworzyć się za bardzo. Nie ma chyba nic bardziej żenującego niż wyznawanie uczuć po pijaku, prawda?
Ruda spojrzała na to, co napisał mężczyzna i kiwnęła głową, lekko się uśmiechając.
- Lubię wygrywać, nic na to nie poradzę - jej twarz rozjaśniła się pod wpływem uśmiechu. Chociaż naprawdę wolałaby, żeby to było coś wartego zachodu, to sama gra i fakt, że coś im wychodziło wspólnie, było dla niej w zupełności wystarczające. Olivia zapłaciła, owszem, zapewne niemało, ale dla niej to nie miało znaczenia. Ward utrzymywał się sam, ona wciąż mieszkała z rodzicami. Nie miała na co wydawać pieniędzy, przepieprzała je więc z przyjemnością na książki i prezenty dla siebie i najbliższych. Sporą część odkładała na sklep, który miały otworzyć z Aveliną, ale prawdę mówiąc to Olivia nigdy nie nauczyła się dobrze gospodarować pieniędzmi. Nie to, żeby była przesadnie rozrzutna, bo na ten przykład chodziła w starych ciuchach, jeśli nie były dziurawe i rozciągnięte, nie miała całej szafy butów czy osobnego pokoju na torebki. Miała problem, żeby wydawać pieniądze na siebie, poza oczywiście książkami. I jedzeniem. - Pewnie, że nie tutaj, nie naraziłabym cię celowo na wyglądanie jak zmokła kura. Swoją drogą to miłe z ich strony, że dbają o nas, prawda? Ale to też może sugerować, że ta burza może być naprawdę niebezpieczna.
Lubiła wygrywać, ale nie aż tak. Skoro organizatorzy postanowili przerwać zabawę, to chwyciła mocno Tristana za rękę, żeby potem na "Trzy" razem z nim dotknąć pierścionka, który był w paczuszce.
Kolejny skręt żołądka i błyskawiczna podróż nie wywołały u Olivii wymiotów, na szczęście. Z tym to jak z loterią, chociaż trochę jej było niedobrze. W gruncie rzeczy były teraz w niej dwa wilki - jeden żałował, że gra się już kończy, a drugi się cieszył, że to koniec tych skoków, bo jeszcze dwa i Tristan by ją nogami do przodu wnosił do Londynu. Wylądowali na skraju lasu, przed chatką. Dym nie sączył się z komina, w oknach nie paliły się świece. Wyglądała na opuszczoną, ale nie była ruiną. Wyglądała trochę na coś w rodzaju domku na lato, z którego korzystało się tylko w cieplejsze pory roku, żeby odpocząć od miejskiego zgiełku. Widzieli miejsce na ognisko i ławki, a także piękne kwiaty, zasadzone w dużych doniczkach. Miały śliczne, fioletowo-niebieskie kolory. Ktoś musiał tu regularnie bywać i je podlewać. Było chłodno, ale drzewa trochę osłaniały ich przed wiatrem. Gdzie wylądowali? Patrząc na porę dnia i pogodę, to chyba wciąż byli na Wyspach Brytyjskich, chociaż pogoda tutaj była lepsza, niż na plaży. Było też cieplej, no i nie było śladu po burzy.
- Ładnie tu - powiedziała, rozglądając się. W oddali oboje widzieli zabudowania, były może pięć kilometrów od nich. Niezbyt daleko, niezbyt blisko - tak w sam raz, gdyby chcieli od razu wracać do Londynu po rozwiązaniu zagadki. Albo iść rano, pieszo. Teren był łagodny, nie musieliby się wspinać, to byłby w zasadzie dłuższy, spokojny spacer.
Olivia pociągnęła Tristana za rękę w kierunku chaty.
- Chodź, zrzucimy rzeczy i poszukamy tej szkatułki, dobrze? Ale przysięgam, że jeśli do otwarcia drzwi będę musiała myśleć, to chyba je wyważę zaklęciem - żartowała. Chyba. A może i nie? Nie to, że miała dość zagadek, ale po prostu uważała, że nakładanie zaklęć na drzwi czy szukanie klucza, gdy na ten przykład ona musiała iść do łazienki czy chciało jej się pić, było niestosowne. Na ich szczęście nikt nie wpadł na taki głupi pomysł, bo drzwi były otwarte. W środku znajdował się salonik z aneksem kuchennym (kilka szafek, kuchenka, lodówka, nic specjalne), łazienka i pokój z trzema łóżkami. W saloniku była niewielka kanapa i stolik kawowy. A na nim - szkatułka. Pozytywka raczej, z baletnicą na czubku. Miała niebiesko-różowo-białe barwy i pozłacane elementy. Przy niej stała koperta.
Na szkatułce macie pięć symboli. Wciśnijcie je w ustalonej zagadkami kolejności, a odkryjecie tajemnicę.
- A skąd mamy wziąć tę kolejność? - burknęła, oddając kopertę Tristanowi. Widziała tam symbole powietrza, wody, ziemi, ognia i śmierci. I znowu zero wskazówek wokół. - Jak niby zagadki miały dać nam kolejność, skoro nawet nie rozwiązaliśmy wszystkich przez burzę?
Quirke zrzuciła plecak na ziemię i opadła na kanapę. Co za chamstwo i niesprawiedliwość. Kombinacji pewnie było od groma, będą tu do rana wciskać guziki.