31.12.2023, 20:09 ✶
Nie tylko uważałem na lekcjach zaklęć i pojedynków, ale wręcz miałem na ich punkcie niemałą obsesję. Przynależałem do szkolnego klubu pojedynkowego, znałem na pamięć historie o najwybitniejszych pojedynkowiczach oraz skrupulatnie brałem do siebie wszelkie strategie pojedynkowe, bo stanie naprzeciw przeciwnika i pojedynek z nim, to nie było tylko rzucanie zaklęć. To była gra pozorów i otwartych ksiąg - w zależności od tego, kto się z tobą pojedynkował, a w tej chwili za przeciwniczki miałem dwie niewymagające, młodsze uczennice, lebiegi w zakresie rzucania zaklęć, więc jasnym było skąd ta gotowość i pewność siebie się we mnie brała. Ze zdecydowanej możliwości wygranej.
- Jesteś kretynką, Malfoy. Żaden chłopak by cię nie tknął, a tym bardziej ja. Do pięt mi nie dorastasz i widzę, że jesteś tego świadoma - zauważyłem i musiałem stwierdzić, że to chyba pierwszy rozważny krok z jej strony, jaki udało mi się zaobserwować w zachowaniu Lorraine. Z reguły wszystkim działała na nerwy, a mi - jako prefektowi - tym bardziej. Zależało nam na renomie, a jej nie zależało na niczym - takie miałem przeświadczenie. - Niemniej doceniam, że nie zamierzasz się bardziej pogrążać - rzuciłem do niej nieco głośniej, bo nie wiem, czy mnie dobrze słyszała, czy tylko udawała, że słyszy i rozumie. Kto tam ją wiedział...?
Gorzej było z Aveliną, bo swoimi słowami podchodziła pod szantaż, a jednak miała mnie czym szantażować. Nie mogłem też się okłamywać, że po jej eliksirach żyło mi się lepiej, lżej zdecydowanie. Nie zamierzałem sobie odbierać tych dostaw, więc musiałem dobrze rozegrać ten pojedynek... słowny.
Wpatrywałem się w nią, zastanawiając się, jak ją udobruchać, żeby wcale nie wyglądało na udobruchanie. Nie zamierzałem się podkładać Malfoy. Była ostatnią osobą, której chciałbym powierzać jakiekolwiek swoje tajemnice, a układy ze smarkatą Krukonką do nich należały... W dodatku półkrwi smarkatą Krukonką. Moja reputacja mogłaby się znacznie pogorszyć, gdyby to wypłynęło, a Lorraine była Lorraine, a Avelina Aveliną. Kiepskie połącznie.
Opuściłem nieco swoją rękę, w której trzymałem różdżkę, ale wciąż ze mną pozostawała, wciąż we względnej gotowości.
- Ja jestem gotowy odpuścić, Paxton. Pytanie, czy ty odpuścisz - rzuciłem do niej niby wyzywająco, ale bardziej wyczekująco...? Nie wiem, czy to miało jakikolwiek sens, ale mieliśmy to do siebie, szczególnie Avelina miała to do siebie, że nie potrafiła mi odpuścić, więc co? Pogrąży mnie na oczach młodszej koleżanki? - Z reguły wolę negocjować, ale wiesz, że nie mam nic przeciwko prawdziwym potyczkom - dodałem, niby to grożąc, ale tak naprawdę podsuwając jej rozwiązanie całej tej niewygodnej sytuacji. A powinna to docenić, bo właśnie z niezadowoleniem przemilczałem pewne obraźliwe słowo ćwok, które to bardzo mi się nie podobało jako określenie mojej osoby.
- Jesteś kretynką, Malfoy. Żaden chłopak by cię nie tknął, a tym bardziej ja. Do pięt mi nie dorastasz i widzę, że jesteś tego świadoma - zauważyłem i musiałem stwierdzić, że to chyba pierwszy rozważny krok z jej strony, jaki udało mi się zaobserwować w zachowaniu Lorraine. Z reguły wszystkim działała na nerwy, a mi - jako prefektowi - tym bardziej. Zależało nam na renomie, a jej nie zależało na niczym - takie miałem przeświadczenie. - Niemniej doceniam, że nie zamierzasz się bardziej pogrążać - rzuciłem do niej nieco głośniej, bo nie wiem, czy mnie dobrze słyszała, czy tylko udawała, że słyszy i rozumie. Kto tam ją wiedział...?
Gorzej było z Aveliną, bo swoimi słowami podchodziła pod szantaż, a jednak miała mnie czym szantażować. Nie mogłem też się okłamywać, że po jej eliksirach żyło mi się lepiej, lżej zdecydowanie. Nie zamierzałem sobie odbierać tych dostaw, więc musiałem dobrze rozegrać ten pojedynek... słowny.
Wpatrywałem się w nią, zastanawiając się, jak ją udobruchać, żeby wcale nie wyglądało na udobruchanie. Nie zamierzałem się podkładać Malfoy. Była ostatnią osobą, której chciałbym powierzać jakiekolwiek swoje tajemnice, a układy ze smarkatą Krukonką do nich należały... W dodatku półkrwi smarkatą Krukonką. Moja reputacja mogłaby się znacznie pogorszyć, gdyby to wypłynęło, a Lorraine była Lorraine, a Avelina Aveliną. Kiepskie połącznie.
Opuściłem nieco swoją rękę, w której trzymałem różdżkę, ale wciąż ze mną pozostawała, wciąż we względnej gotowości.
- Ja jestem gotowy odpuścić, Paxton. Pytanie, czy ty odpuścisz - rzuciłem do niej niby wyzywająco, ale bardziej wyczekująco...? Nie wiem, czy to miało jakikolwiek sens, ale mieliśmy to do siebie, szczególnie Avelina miała to do siebie, że nie potrafiła mi odpuścić, więc co? Pogrąży mnie na oczach młodszej koleżanki? - Z reguły wolę negocjować, ale wiesz, że nie mam nic przeciwko prawdziwym potyczkom - dodałem, niby to grożąc, ale tak naprawdę podsuwając jej rozwiązanie całej tej niewygodnej sytuacji. A powinna to docenić, bo właśnie z niezadowoleniem przemilczałem pewne obraźliwe słowo ćwok, które to bardzo mi się nie podobało jako określenie mojej osoby.