31.12.2023, 22:49 ✶
Wiesz, że mogłeś mnie wtedy zaprosić, prawda?
Pytanie Danielle zamarło mu w uszach. Jak miał jej wyjaśnić, że w czasie, gdy zaczęli zacieśniać łączącą ich przyjaźń, w jego życiu rodzinnym zaczęły dziać się rzeczy, za które można było trafić do Azkabanu? Że wmanewrował go w nie człowiek, którego kochał i podziwiał? Że chodziło o… o głupi sen? O to, że wyśnił to kim mógłby się stać i do czego mógłby zmusić go własny rodzic?
Była taka noc podczas której śnił o ataku na mugolski szpital. Z uwagi na chorobę, nawet teraz pamiętał ten koszmar doskonale: pomysłodawcą ataku i liderem był jego ojciec, poza Ulyssesem wziął w nim udział jeszcze kuzyn i dwóch kolegów ze szkoły. W pięciu zamordowali kilkuset mugoli. Mnóstwo bezsensownego okrucieństwa, które nie miało większego sensu.
A Danielle była magomedyczką. Ten kontrast między marą senną a rzeczywistością uderzył w Ulyssesa rankiem. We śnie pozwolił na to, by zamordowano wielu takich jak ona. Nie próbował nikogo powstrzymać, nie widział w tym problemu bo byli mugolami. Obrazy ze snu atakowały jego umysł, więc zaczął się od oddalać od Danielle przekonany, że chociaż nie były prawdą to kiedyś mogły stać się prawdą.
I, częściowo, stały się nią w czasie Beltane.
- Nie mogłem – zaprzeczył. W jego głosie pojawiło się wyraźnie wyczuwalne poczucie winy. Nie mógł, bo musiał wtedy wykonać zadanie powierzone mu przez Czarnego Pana. Był tak zaślepiony myślą by je właściwie zrobić, że oprzytomniał dopiero, gdy dostrzegł Danielle w tłumie bawiących się. Choć się tego nie spodziewał, okazała się jego światłem wskazującym mu na to, co dobre i właściwe.
Wyrzuty sumienia przypominały u Rookwooda natrętne myśli. Spowijały jego umysł, powracały niechciane jak bumerang i zmuszały go do podejmowania działań, których normalnie nigdy by się nie podjął. Jak wtedy, gdy poleciał szukać tych nieszczęsnych ulotek – choć już nie było szans na to, by mógł je odnaleźć i jak pojawił się na Polanie Ognisk niedługo po tym, jak otrzymał wiadomość od magomedyczki. To ona wzbudziła je i zawróciła go z mrocznej drogi.
Ciągle trzymał Danielle za rękę, teraz już właściwie trochę straceńczo, jakby nie mógł się pogodzić z myślą, że za parę chwil mogłaby mu się wyrwać. Ale najwidoczniej słowa szeptuchy nie wywarły na niej takiego wrażenia jak na nim. Nieświadomy wiedzy, którą przekazał swojej towarzyszce, pokiwał głową.
- Tak – zgodził się cicho. Niektóre walki rzeczywiście były warte podjęcia. W głowie Ulyssesa były to jednak zupełnie inne walki niż te o czystość krwi. – Pozwolisz się stąd zabrać? – zapytał jeszcze. Nie mógł ochronić jej przed okrucieństwem Beltane, ale - choć nic nie zapowiadało by podobne rzeczy miały wydarzyć się na Lithcie - wolał pozostać tej nocy przy niej. Tak długo, jak mu na to tylko pozwoli.
Zanim opuścili krąg ognisk, skierowali się jeszcze do jednego z kramów by kupić sobie coś do picia.
Pytanie Danielle zamarło mu w uszach. Jak miał jej wyjaśnić, że w czasie, gdy zaczęli zacieśniać łączącą ich przyjaźń, w jego życiu rodzinnym zaczęły dziać się rzeczy, za które można było trafić do Azkabanu? Że wmanewrował go w nie człowiek, którego kochał i podziwiał? Że chodziło o… o głupi sen? O to, że wyśnił to kim mógłby się stać i do czego mógłby zmusić go własny rodzic?
Była taka noc podczas której śnił o ataku na mugolski szpital. Z uwagi na chorobę, nawet teraz pamiętał ten koszmar doskonale: pomysłodawcą ataku i liderem był jego ojciec, poza Ulyssesem wziął w nim udział jeszcze kuzyn i dwóch kolegów ze szkoły. W pięciu zamordowali kilkuset mugoli. Mnóstwo bezsensownego okrucieństwa, które nie miało większego sensu.
A Danielle była magomedyczką. Ten kontrast między marą senną a rzeczywistością uderzył w Ulyssesa rankiem. We śnie pozwolił na to, by zamordowano wielu takich jak ona. Nie próbował nikogo powstrzymać, nie widział w tym problemu bo byli mugolami. Obrazy ze snu atakowały jego umysł, więc zaczął się od oddalać od Danielle przekonany, że chociaż nie były prawdą to kiedyś mogły stać się prawdą.
I, częściowo, stały się nią w czasie Beltane.
- Nie mogłem – zaprzeczył. W jego głosie pojawiło się wyraźnie wyczuwalne poczucie winy. Nie mógł, bo musiał wtedy wykonać zadanie powierzone mu przez Czarnego Pana. Był tak zaślepiony myślą by je właściwie zrobić, że oprzytomniał dopiero, gdy dostrzegł Danielle w tłumie bawiących się. Choć się tego nie spodziewał, okazała się jego światłem wskazującym mu na to, co dobre i właściwe.
Wyrzuty sumienia przypominały u Rookwooda natrętne myśli. Spowijały jego umysł, powracały niechciane jak bumerang i zmuszały go do podejmowania działań, których normalnie nigdy by się nie podjął. Jak wtedy, gdy poleciał szukać tych nieszczęsnych ulotek – choć już nie było szans na to, by mógł je odnaleźć i jak pojawił się na Polanie Ognisk niedługo po tym, jak otrzymał wiadomość od magomedyczki. To ona wzbudziła je i zawróciła go z mrocznej drogi.
Ciągle trzymał Danielle za rękę, teraz już właściwie trochę straceńczo, jakby nie mógł się pogodzić z myślą, że za parę chwil mogłaby mu się wyrwać. Ale najwidoczniej słowa szeptuchy nie wywarły na niej takiego wrażenia jak na nim. Nieświadomy wiedzy, którą przekazał swojej towarzyszce, pokiwał głową.
- Tak – zgodził się cicho. Niektóre walki rzeczywiście były warte podjęcia. W głowie Ulyssesa były to jednak zupełnie inne walki niż te o czystość krwi. – Pozwolisz się stąd zabrać? – zapytał jeszcze. Nie mógł ochronić jej przed okrucieństwem Beltane, ale - choć nic nie zapowiadało by podobne rzeczy miały wydarzyć się na Lithcie - wolał pozostać tej nocy przy niej. Tak długo, jak mu na to tylko pozwoli.
Zanim opuścili krąg ognisk, skierowali się jeszcze do jednego z kramów by kupić sobie coś do picia.
Danielle Longbottom i Ulysses Rookwood
Postacie opuszczają sesję