01.01.2024, 10:27 ✶
Z początku nie odpowiedział Robertowi, tylko kiwnął potwierdzająco głową. Mulciber jednak już podchodził do domu i go oglądał, dotykał. Z jednej strony to dla niektórych byłoby ogromnie irytujące - że zadaje pytania, a potem idzie i sprawdza sam. Że jest tak dokładny, pedantyczny wręcz. Że jest chłodny w obyciu, że nie sili się na grzecznościowe rozmówki, że jest ostry i gdy mówi, to zwykle krytykuje lub mówi co jest nie tak, nigdy nie chwali. Ale Rodolphusowi to nie przeszkadzało. Nie był jego synem, by szukać w Robercie akceptacji i ciepła rodzica - ich relację można było określić bardziej jako mistrzowsko-uczniowską lub wręcz współpracowniczą. Od kogoś takiego nie były potrzebne pochwały i poklepywanie po plecach. Jeżeli coś było dobrze, wystarczyło skinąć głową na znak, że jest dobrze. Po co dodatkowe, puste słowa? Jeśli z kolei coś było źle, potrzebne były proste wyjaśnienia, bez emocji. Robert mu to wszystko dawał, Rolph nie potrzebował nic więcej.
- Oczywiście. Wszystkie ślady bytności tego miejsca zniknęły z rejestrów oraz umów. Pewnie cię to nie zdziwi, ale zmiana adresu w dokumentach mugolskich jest bardzo prosta i nie jest do tego potrzebna nawet magia - skrzywił się lekko. To, w jaki sposób można było oszukać tych ludzi, zakrawało o śmieszność. Z jednej strony to dobrze, bo naprawdę ułatwiło mu sprawę, ale z drugiej to było żałosne. Drażniło go to, że muszą się ukrywać przed kimś takim, ale mimo młodego wieku potrafił utrzymać nerwy na wodzy. Pielęgnował w sobie tę złość, ten gniew i nienawiść. Podsycał te emocje odpowiednio, dając im upust w chwili, gdy było to wymagane. Na ten moment to wystarczało - pytanie na jak długo? - Nie jestem dobry w urządzaniu wnętrz. Przeniosłem to, co uznałem za słuszne, ale pewnie masz rację. Brakuje tu wielu rzeczy, głównie czysto praktycznych.
Przytaknął, nie bojąc się przyznać, że w tej dziedzinie jego gust był bardziej niż ubogi. Jego mieszkanie dekorował ktoś od rodziców, przy odpowiednim pokierowaniu Lestrange. Innego nie miał, a poprzednia chatka wyglądała tak samo surowo, jak ta. Gdyby miał sam urządzać swój pokój, pewnie by kupił łóżko, komodę i szafę, nic więcej i nic mniej. Bo tylko tyle było mu potrzebne do życia. Nie lubił wykonywać dodatkowych ruchów i gestów, nie używał zbędnych słów - podobnie było i w jego otoczeniu. Ale szafy i stoły to była konieczność.
- Tak, dokonałem wstępnej selekcji. Mamy aż 10 obiektów, które spełniają kryteria, musimy je tylko zawęzić - to nie tak, że nie odważył się sam podjąć decyzji. Po prostu wolał sprawdzić wszystko dwa lub trzy razy, żeby i tym razem nie popełnić błędu. Podszedł do szafy i machnął różdżką, zdejmując zabezpieczenia. Dopiero wtedy wyciągnął z kieszeni klucz i włożył go do zamka. Przekręcił się gładko, bez kaprysów. Rolph schował różdżkę. Dokumentów był ogrom - mieli 10 obiektów, ale dokumentacja była dużo szersza. Oprócz danych ze szpitali, były tam też dane z urzędów. Wszystko było posegregowane w odpowiednie teczki. Robert mógł zobaczyć, że było aż 10 symboli na wszystkich, co ułatwiłoby segregowanie w razie gdyby ktoś postanowił w nich mieszać. Chociaż patrząc na charaktery tej dwójki, to odłożą je zapewne tak, jak je znaleźli.
Pierwszą partię przeniósł w rękach, kolejne już przenosił za pomocą zaklęcia na biurko. Zmieściły się tylko 3 komplety.
- Informacje o rodzinach, zdrowiu i ewentualnych powiązaniach magicznych. Przy dwóch mam wątpliwości ze względu na choroby, które przebyli. Przeglądając dokumentację odniosłem wrażenie, że mieli styczność z naszym światem, ale wymazano im wspomnienia. To dość istotna kwestia, nie naruszająca co prawda struktury mózgu, lecz w mojej opinii powinniśmy ich wykluczyć, jako że dokonano na nim zmian przy pomocy magii - zaczął, podchodząc do jednej sterty dokumentów. Przewertował pierwszą teczkę, by upewnić się, że to ta, a potem podał ją Robertowi. Pierwsza osoba - John Smith - trafiła do szpitala z nieuleczalną chorobą psychiczną. Mówił coś o latających koniach, co zostało podkreślone kilkukrotnie. Relegowano go na oddział psychiatryczny, ponieważ stwarzał zagrożenie dla innych, mówiąc że żyją w iluzji, ale nagle jednej nocy wszystko wróciło do normy. Nie pamiętał, co się działo dnia poprzedniego. Z kolejną było podobnie - Emma Wright również jednej nocy wróciła do pełni władz umysłowych. Nagle, jak za... właśnie - dotknięciem różdżki.
- Oczywiście. Wszystkie ślady bytności tego miejsca zniknęły z rejestrów oraz umów. Pewnie cię to nie zdziwi, ale zmiana adresu w dokumentach mugolskich jest bardzo prosta i nie jest do tego potrzebna nawet magia - skrzywił się lekko. To, w jaki sposób można było oszukać tych ludzi, zakrawało o śmieszność. Z jednej strony to dobrze, bo naprawdę ułatwiło mu sprawę, ale z drugiej to było żałosne. Drażniło go to, że muszą się ukrywać przed kimś takim, ale mimo młodego wieku potrafił utrzymać nerwy na wodzy. Pielęgnował w sobie tę złość, ten gniew i nienawiść. Podsycał te emocje odpowiednio, dając im upust w chwili, gdy było to wymagane. Na ten moment to wystarczało - pytanie na jak długo? - Nie jestem dobry w urządzaniu wnętrz. Przeniosłem to, co uznałem za słuszne, ale pewnie masz rację. Brakuje tu wielu rzeczy, głównie czysto praktycznych.
Przytaknął, nie bojąc się przyznać, że w tej dziedzinie jego gust był bardziej niż ubogi. Jego mieszkanie dekorował ktoś od rodziców, przy odpowiednim pokierowaniu Lestrange. Innego nie miał, a poprzednia chatka wyglądała tak samo surowo, jak ta. Gdyby miał sam urządzać swój pokój, pewnie by kupił łóżko, komodę i szafę, nic więcej i nic mniej. Bo tylko tyle było mu potrzebne do życia. Nie lubił wykonywać dodatkowych ruchów i gestów, nie używał zbędnych słów - podobnie było i w jego otoczeniu. Ale szafy i stoły to była konieczność.
- Tak, dokonałem wstępnej selekcji. Mamy aż 10 obiektów, które spełniają kryteria, musimy je tylko zawęzić - to nie tak, że nie odważył się sam podjąć decyzji. Po prostu wolał sprawdzić wszystko dwa lub trzy razy, żeby i tym razem nie popełnić błędu. Podszedł do szafy i machnął różdżką, zdejmując zabezpieczenia. Dopiero wtedy wyciągnął z kieszeni klucz i włożył go do zamka. Przekręcił się gładko, bez kaprysów. Rolph schował różdżkę. Dokumentów był ogrom - mieli 10 obiektów, ale dokumentacja była dużo szersza. Oprócz danych ze szpitali, były tam też dane z urzędów. Wszystko było posegregowane w odpowiednie teczki. Robert mógł zobaczyć, że było aż 10 symboli na wszystkich, co ułatwiłoby segregowanie w razie gdyby ktoś postanowił w nich mieszać. Chociaż patrząc na charaktery tej dwójki, to odłożą je zapewne tak, jak je znaleźli.
Pierwszą partię przeniósł w rękach, kolejne już przenosił za pomocą zaklęcia na biurko. Zmieściły się tylko 3 komplety.
- Informacje o rodzinach, zdrowiu i ewentualnych powiązaniach magicznych. Przy dwóch mam wątpliwości ze względu na choroby, które przebyli. Przeglądając dokumentację odniosłem wrażenie, że mieli styczność z naszym światem, ale wymazano im wspomnienia. To dość istotna kwestia, nie naruszająca co prawda struktury mózgu, lecz w mojej opinii powinniśmy ich wykluczyć, jako że dokonano na nim zmian przy pomocy magii - zaczął, podchodząc do jednej sterty dokumentów. Przewertował pierwszą teczkę, by upewnić się, że to ta, a potem podał ją Robertowi. Pierwsza osoba - John Smith - trafiła do szpitala z nieuleczalną chorobą psychiczną. Mówił coś o latających koniach, co zostało podkreślone kilkukrotnie. Relegowano go na oddział psychiatryczny, ponieważ stwarzał zagrożenie dla innych, mówiąc że żyją w iluzji, ale nagle jednej nocy wszystko wróciło do normy. Nie pamiętał, co się działo dnia poprzedniego. Z kolejną było podobnie - Emma Wright również jednej nocy wróciła do pełni władz umysłowych. Nagle, jak za... właśnie - dotknięciem różdżki.