01.01.2024, 17:01 ✶
Jeszcze zanim wpadłem w panikę, nie mieściło mi się w głowie, że oprócz ksiąg i bibelotów, Ojciec miał - być może - znaleźć w tym sklepie żonę... dla Ulyssesa? Nie byłem pewien, czy to tylko żart, czy mówił na poważnie, więc uśmiechnąłem się jedynie, nie śmiałem się ani nie kiwałem głową z uznaniem. Cieszyłem się jedynie, że w moim przypadku żona nie było kupowana... Chociaż w pewien sposób właściwie była. Oboje zostaliśmy związani węzłem małżeńskim dla rodowych korzyści. Powiedzmy, bo prawdy tak na dobrą sprawę nie znałem, żyjąc w słodkiej nieświadomości.
Niestety, wszelkie żarty czy inne sprawy odeszły w niedostępną dal, kiedy na arenie mojego życia pojawiły się świnie. Straciłem kompletnie kontakt z rzeczywistością, usilnie chcąc się opanować, ale im bardziej pragnąłem znaleźć stabilność, bojąc się porażki, tym bardziej panika mnie pochłania. Zjadała mnie. Tonąłem w niej, nie mogąc złapać tchu. Buczało i huczało mi w uszach. Słowa Ojca docierały do mnie coraz bardziej niewyraźnie, a po czaszce obijało się jedynie: Synu, weź się garść. Synu, weź się garść. Synu, weź się garść. Słyszałem w myślach jego głos, ale nie widziałem twarzy. Tylko te świnie-świnie-świnie. Chciałem wziąć się w garść, ale jak? Gdzie była ta garść? Gdzie była moja różdżka...? A gdzie te przeklęte świnie? Były na swoim miejscu czy już szykowały na mnie atak?
Chciałem się złapać Ojca niczym kotwicy, jedynej rzeczywistości w moim otoczeniu, ale napotkałem tylko pustkę. Nie widziałem, co mnie dotknęło, co sprawiło, że poczułem natychmiastowy chłód. Nie wiedziałem, ale przeczuwałem, że to te świnie... te świnie... te świnie. Zareagowałem mechanicznie, strzelając różdżką na oślep. Udało mi się wyplątać ją drżącymi dłońmi z kurtki i ciskałem... W różne strony, nie wiedząc, skąd nastąpił atak, gdzie one wszystkie były. Pragnąłem jedynie, aby przestały. Chrumkać. Żyć. Cokolwiek.
Jedno zaklęcie mroziło... może nawet krew w żyłach...? Nie byłem pewien. Próbowałem wszystkiego. Drugie wiązało mocną liną. Grubą niemalże niczym męska, ogromna pięść. A przynajmniej tak to sobie wyobrażałem. Trzecie zwalało z nóg, zapierając dech w piersi. Rzuciłem je w trzy różne strony, na oślep, próbując się obronić przed niewidocznym dla mnie wrogiem. Nie wiedziałem, gdzie był Ojciec. Coś mówił, ale jego słowa nie brzmiały jak prawdziwe słowa, tylko jak bełkot. Czemu go nie było tuż obok? Czemu nie walczył z wrogiem...? Byliśmy w potrzasku.
Osłoniłem twarz, szykując się na ciosy. Nie widziałem wrogów, więc nie byłem w stanie bronić się magią. Wszystko mazało mi się przed oczami. Było duszno, za duszno. I jednocześnie tak zimno, że miałem wrażenie, iż umieram.
Rzucam na kształtowanie. Kolejno jak w poście: zaklęcie mrożące, linę i mocne uderzenie. Za panikę ujmuję sobie jedną kropkę.
Rzut na to, które zaklęcie dosięgnie Ojca. 1 - zamrożenie, 2 - lina, 3 - mocne uderzenie.
Niestety, wszelkie żarty czy inne sprawy odeszły w niedostępną dal, kiedy na arenie mojego życia pojawiły się świnie. Straciłem kompletnie kontakt z rzeczywistością, usilnie chcąc się opanować, ale im bardziej pragnąłem znaleźć stabilność, bojąc się porażki, tym bardziej panika mnie pochłania. Zjadała mnie. Tonąłem w niej, nie mogąc złapać tchu. Buczało i huczało mi w uszach. Słowa Ojca docierały do mnie coraz bardziej niewyraźnie, a po czaszce obijało się jedynie: Synu, weź się garść. Synu, weź się garść. Synu, weź się garść. Słyszałem w myślach jego głos, ale nie widziałem twarzy. Tylko te świnie-świnie-świnie. Chciałem wziąć się w garść, ale jak? Gdzie była ta garść? Gdzie była moja różdżka...? A gdzie te przeklęte świnie? Były na swoim miejscu czy już szykowały na mnie atak?
Chciałem się złapać Ojca niczym kotwicy, jedynej rzeczywistości w moim otoczeniu, ale napotkałem tylko pustkę. Nie widziałem, co mnie dotknęło, co sprawiło, że poczułem natychmiastowy chłód. Nie wiedziałem, ale przeczuwałem, że to te świnie... te świnie... te świnie. Zareagowałem mechanicznie, strzelając różdżką na oślep. Udało mi się wyplątać ją drżącymi dłońmi z kurtki i ciskałem... W różne strony, nie wiedząc, skąd nastąpił atak, gdzie one wszystkie były. Pragnąłem jedynie, aby przestały. Chrumkać. Żyć. Cokolwiek.
Jedno zaklęcie mroziło... może nawet krew w żyłach...? Nie byłem pewien. Próbowałem wszystkiego. Drugie wiązało mocną liną. Grubą niemalże niczym męska, ogromna pięść. A przynajmniej tak to sobie wyobrażałem. Trzecie zwalało z nóg, zapierając dech w piersi. Rzuciłem je w trzy różne strony, na oślep, próbując się obronić przed niewidocznym dla mnie wrogiem. Nie wiedziałem, gdzie był Ojciec. Coś mówił, ale jego słowa nie brzmiały jak prawdziwe słowa, tylko jak bełkot. Czemu go nie było tuż obok? Czemu nie walczył z wrogiem...? Byliśmy w potrzasku.
Osłoniłem twarz, szykując się na ciosy. Nie widziałem wrogów, więc nie byłem w stanie bronić się magią. Wszystko mazało mi się przed oczami. Było duszno, za duszno. I jednocześnie tak zimno, że miałem wrażenie, iż umieram.
Rzucam na kształtowanie. Kolejno jak w poście: zaklęcie mrożące, linę i mocne uderzenie. Za panikę ujmuję sobie jedną kropkę.
Rzut N 1d100 - 17
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut N 1d100 - 15
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut N 1d100 - 30
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut na to, które zaklęcie dosięgnie Ojca. 1 - zamrożenie, 2 - lina, 3 - mocne uderzenie.
Rzut 1d3 - 1