22.11.2022, 02:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.11.2022, 02:10 przez Sarah Macmillan.)
Panna Macmillan należała do osób, które tego spokojnego dnia spędzonego w gronie chcących odpocząć czarodziejów, napawała niesamowitą wręcz dawką radości i optymizmu. Nie mogła i nie chciała ukrywać przed samą sobą, że wśród zamieszkujących Londyn czarodziejów, należała do grupy uprzywilejowanej w świetle politycznych napięć i wiszącej gdzieś z tyłu głowy świadomości o toczących się wciąż walkach, i to ją wielce dobijało. Bo skoro ona bała się tego, co nadejdzie jutro, jeżeli ona śpiąca co noc z głową ułożoną wygodnie na satynowej poduszce, chroniona idiotyczną koncepcją o czystości krwi i byciem w oczach magów i wiedźm ostoją wiary i porządku, ona - kapłanka kowenu, spoglądała za okno i jej plecy przeszywał zimny dreszcz - cóż mieli powiedzieć ci, którzy stali się potencjalnymi ofiarami szaleńców w zdobionych maskach tylko za sam fakt urodzenia się w złej rodzinie? Sarah nie mogła tego pojąć. Spoglądanie na dzieci Matki przez pryzmat urodzenia w odpowiedniej klasie społecznej wydawało jej się być czymś skrajnie niewłaściwym. Bo każdy mógł stać się tym, kim chciał - dlaczego coś tak błahego, jak nazwisko miało zadecydować o wszystkim?
Wóz i stoisko, które przygotowywała przez ostatni miesiąc, stały niemalże w centrum całego tego zgromadzenia. Dekorowała to wszystko żywymi kwiatami przez długie godziny. Składała papierowe ptaki, które doczepiała do świecących delikatnym światłem girland. Nieporadnie pomalowała farbami kilka dzbanków. Mogła pewnie poprosić kogoś o pomoc - pozbawiona talentów plastycznych, wykonała ilustracje przedstawiające drzewa magnolii w naiwny, dziecięcy sposób, ale miało to pewnie swój urok, o ile się przymknęło oczy na to, że od wielu lat mała dziewczynka pomagająca rodzicom w organizacji takich przyjęć, przestała być dzieckiem, a stała się dorosłą dojrzałą kobietą. Niepozorna, okrągła twarz i srebrne oczy należały do kogoś, kto powinien już dawno dorosnąć, ale się celowo zawiesił gdzieś na tej granicy, jakby postawienie kroku w stronę stania się kimś silnym przerażało ją o wiele bardziej od bania się podejmowania ważnych decyzji. Tutaj mogła się ukryć - wśród tych światełek, wśród przyciągających oczy ozdób, odziana w ręcznie szyte szaty. Gwiazdą programu tego, co panna Macmillan stworzyła w celu tworzenia klimatu tegorocznej Ostary, była szydełkowana kamizelka w jesiennych kolorach. Sarah była z niej aż zbyt dumna - kiedy tylko ktoś ją skomplementował, przybierała dziwaczne pozy i udawała onieśmielenie, w duchu myśląc sobie, że owszem - tym projektem przeszła samą siebie.
Na tym wcześniej przygotowanym stoisku, panna Macmillan ułożyła wszelkie ciasta, ciasteczka, rogaliki, potrawki, chlebki i wszelakie inne łatwe w poczęstunku dania, które wesoło rozdawała wszystkim tym, którzy poczuli potrzebę zatrzymania się na chwilę i zjedzenia czegoś dobrego. Zrobić to mogli przy jednym z trzech stolików, z czterema niziutkimi krzesełkami przy każdym. Miały obrusy w różnych kolorach, a właściwie to kilka warstw różnych obrusów, wystających spod siebie, w niektórych miejscach zszytych ze sobą w chaotyczny sposób, perfekcyjnie odzwierciedlający dziwaczny sposób myślenia ich autorki.
W tym momencie nikt nie stał obok niej. Stoliki były puste. Zastawiony stół z jedzeniem kusił obfitością, ale oczy wszystkich skupiły się na jej kuzynkach, które tańczyły nieopodal rytualny taniec odganiający deszczowe chmury. Sarah również spoglądała w ich kierunku. Oparta o swój wóz trzymała w dłoni metalową kadzielnicę na srebrnym sznurku i machała nią do rytmu, w którym jej ojciec uderzał w bęben. I niesamowicie im wszystkim zazdrościła. Gdyby była wśród nich, upadłaby przynajmniej dwa razy.
Wóz i stoisko, które przygotowywała przez ostatni miesiąc, stały niemalże w centrum całego tego zgromadzenia. Dekorowała to wszystko żywymi kwiatami przez długie godziny. Składała papierowe ptaki, które doczepiała do świecących delikatnym światłem girland. Nieporadnie pomalowała farbami kilka dzbanków. Mogła pewnie poprosić kogoś o pomoc - pozbawiona talentów plastycznych, wykonała ilustracje przedstawiające drzewa magnolii w naiwny, dziecięcy sposób, ale miało to pewnie swój urok, o ile się przymknęło oczy na to, że od wielu lat mała dziewczynka pomagająca rodzicom w organizacji takich przyjęć, przestała być dzieckiem, a stała się dorosłą dojrzałą kobietą. Niepozorna, okrągła twarz i srebrne oczy należały do kogoś, kto powinien już dawno dorosnąć, ale się celowo zawiesił gdzieś na tej granicy, jakby postawienie kroku w stronę stania się kimś silnym przerażało ją o wiele bardziej od bania się podejmowania ważnych decyzji. Tutaj mogła się ukryć - wśród tych światełek, wśród przyciągających oczy ozdób, odziana w ręcznie szyte szaty. Gwiazdą programu tego, co panna Macmillan stworzyła w celu tworzenia klimatu tegorocznej Ostary, była szydełkowana kamizelka w jesiennych kolorach. Sarah była z niej aż zbyt dumna - kiedy tylko ktoś ją skomplementował, przybierała dziwaczne pozy i udawała onieśmielenie, w duchu myśląc sobie, że owszem - tym projektem przeszła samą siebie.
Na tym wcześniej przygotowanym stoisku, panna Macmillan ułożyła wszelkie ciasta, ciasteczka, rogaliki, potrawki, chlebki i wszelakie inne łatwe w poczęstunku dania, które wesoło rozdawała wszystkim tym, którzy poczuli potrzebę zatrzymania się na chwilę i zjedzenia czegoś dobrego. Zrobić to mogli przy jednym z trzech stolików, z czterema niziutkimi krzesełkami przy każdym. Miały obrusy w różnych kolorach, a właściwie to kilka warstw różnych obrusów, wystających spod siebie, w niektórych miejscach zszytych ze sobą w chaotyczny sposób, perfekcyjnie odzwierciedlający dziwaczny sposób myślenia ich autorki.
W tym momencie nikt nie stał obok niej. Stoliki były puste. Zastawiony stół z jedzeniem kusił obfitością, ale oczy wszystkich skupiły się na jej kuzynkach, które tańczyły nieopodal rytualny taniec odganiający deszczowe chmury. Sarah również spoglądała w ich kierunku. Oparta o swój wóz trzymała w dłoni metalową kadzielnicę na srebrnym sznurku i machała nią do rytmu, w którym jej ojciec uderzał w bęben. I niesamowicie im wszystkim zazdrościła. Gdyby była wśród nich, upadłaby przynajmniej dwa razy.
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.