01.01.2024, 23:13 ✶
Oboje lgnęliśmy do siebie jak dwa kociaki, które szykowały się do kolejnej drzemki. Każdy skrawek ciepła, który mogliśmy otrzymać i od siebie dać był warty każdego przesunięcia się, poprawienia, delikatnego muśnięcia albo otulenia. Uśmiechałem się, bo w jego towarzystwie było mi tak lekko, tak dobrze. Inaczej niż w ostatnich dniach, kiedy ogarniała mnie coraz większa niepewność. Również nie czułem się wtedy za dobrze, fatalnie wręcz, więc Flynn miał sporo racji w tym, że określił je mianem cichych dni. W pierwszym odruchu chciałem protestować ku temu, ale zaniechałem. Doskonale pamiętałem, jakie myśli zajmowały wtedy moją głowę, kiedy unikał Flynn spojrzenia, czy to przy przewróconym Błędnym Rycerzu, czy w innych sytuacjach. Próbowałem się pocieszać, że to nic, że to nadmiar pracy i zmęczenie, ale... to były ciche dni.
- Też się tego boję, Flynn... Też cię potrzebuję, twojego oparcia i obecności - przyznałem się do tych uczuć, które mnie trawiły i które właściwie sprowokowały naszą kłótnię...? - Twojego dotyku, ciepła - dodałem, zamykając na chwilę oczy by chłonąć właśnie swoją skórą jego dotyk, oddech i ciepło. Otulał mnie, a ja jego. Byliśmy jedną wielką kulką na tym łóżku.
- I wierzę ci bardzo. Nie potrzebuję żadnych eliksirów, innych serum, żeby tego słuchać i wierzyć ci, Flynn. Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo to dla mnie ważne, że wybierasz to życie przy mnie, że ten rodzaj... codzienności...? Że to jest dla ciebie wystarczające żeby być przy mnie... Bo też się boję, że się znudzisz, że możesz pewnego dnia chcieć... czegoś więcej... Kiedy ja będę pozostawał sobą, nigdy kimś mniej albo kimś więcej, jeśli wiesz, co mam na myśli - wyszeptałem do niego. Nigdy - poza tymi nielicznymi rozmowami z Flynnem - nie miałem okazji rozmawiać tak otwarcie o swoich uczuciach do drugiej osoby, o obawach i nadziejach. Byłem raczej gościem, co to nie chciał się jakoś szczególnie narzucać innym, ale jednak... miałem tak wiele marzeń, nadziei, pragnień związanych z Flynnem, a największe z nich właśnie się spełniało, kiedy oświadczał mi, że bycie przy mnie to to, co wybierał.
Otworzyłem oczy i spojrzałem na niego. Pomimo wyznania swoich obaw, zrobiło mi się lżej. Uśmiechnąłem się do niego promiennie.
- Damy sobie radę razem. Nie obawiaj się mówić mi prawdę o swojej przeszłości. Te dłonie nigdy mnie nie skrzywdziły, wręcz przeciwnie - przyniosły mi wiele dobra i miłości. Damy sobie radę razem. Nawet jeśli jakimś cudem Fontaine cię namierzy, aczkolwiek to wcale nie będzie takie proste, no nie? Jesteśmy cyrkowcami, sierotami bez tożsamości - pragnąłem zauważyć i to było na plus, mimo że było smutne w całym swym jestestwie. Byliśmy tu wszyscy, bo nie mieliśmy się gdzie podziać, ale przynajmniej większość z nas znalazła tu dom, rodzinę i przyjaciół. - Kocham cię, Flynn - wyznałem ponownie i poruszyłem się, żeby pocałować go czule. Czule, a może nawet nieco wygłodniale, bo - jakby nie patrzeć - takie ciche dni sprawiały, że jeszcze bardziej pragnęło się bliskości tej drugiej osoby, a ta jego noga między moimi nogami wcale nie pomagała w zachowaniu wstrzemięźliwości przy tej poważnej rozmowie, co już pewnie było widać po całej mojej osobie, więc po naszym pocałunku zrobiłem niewinną minkę, a co. Byłem tylko człowiekiem ze swoją słabością, a tą słabością była właśnie Flynn... Jak tu niby się powstrzymać, kiedy był tak blisko?
@The Edge
- Też się tego boję, Flynn... Też cię potrzebuję, twojego oparcia i obecności - przyznałem się do tych uczuć, które mnie trawiły i które właściwie sprowokowały naszą kłótnię...? - Twojego dotyku, ciepła - dodałem, zamykając na chwilę oczy by chłonąć właśnie swoją skórą jego dotyk, oddech i ciepło. Otulał mnie, a ja jego. Byliśmy jedną wielką kulką na tym łóżku.
- I wierzę ci bardzo. Nie potrzebuję żadnych eliksirów, innych serum, żeby tego słuchać i wierzyć ci, Flynn. Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo to dla mnie ważne, że wybierasz to życie przy mnie, że ten rodzaj... codzienności...? Że to jest dla ciebie wystarczające żeby być przy mnie... Bo też się boję, że się znudzisz, że możesz pewnego dnia chcieć... czegoś więcej... Kiedy ja będę pozostawał sobą, nigdy kimś mniej albo kimś więcej, jeśli wiesz, co mam na myśli - wyszeptałem do niego. Nigdy - poza tymi nielicznymi rozmowami z Flynnem - nie miałem okazji rozmawiać tak otwarcie o swoich uczuciach do drugiej osoby, o obawach i nadziejach. Byłem raczej gościem, co to nie chciał się jakoś szczególnie narzucać innym, ale jednak... miałem tak wiele marzeń, nadziei, pragnień związanych z Flynnem, a największe z nich właśnie się spełniało, kiedy oświadczał mi, że bycie przy mnie to to, co wybierał.
Otworzyłem oczy i spojrzałem na niego. Pomimo wyznania swoich obaw, zrobiło mi się lżej. Uśmiechnąłem się do niego promiennie.
- Damy sobie radę razem. Nie obawiaj się mówić mi prawdę o swojej przeszłości. Te dłonie nigdy mnie nie skrzywdziły, wręcz przeciwnie - przyniosły mi wiele dobra i miłości. Damy sobie radę razem. Nawet jeśli jakimś cudem Fontaine cię namierzy, aczkolwiek to wcale nie będzie takie proste, no nie? Jesteśmy cyrkowcami, sierotami bez tożsamości - pragnąłem zauważyć i to było na plus, mimo że było smutne w całym swym jestestwie. Byliśmy tu wszyscy, bo nie mieliśmy się gdzie podziać, ale przynajmniej większość z nas znalazła tu dom, rodzinę i przyjaciół. - Kocham cię, Flynn - wyznałem ponownie i poruszyłem się, żeby pocałować go czule. Czule, a może nawet nieco wygłodniale, bo - jakby nie patrzeć - takie ciche dni sprawiały, że jeszcze bardziej pragnęło się bliskości tej drugiej osoby, a ta jego noga między moimi nogami wcale nie pomagała w zachowaniu wstrzemięźliwości przy tej poważnej rozmowie, co już pewnie było widać po całej mojej osobie, więc po naszym pocałunku zrobiłem niewinną minkę, a co. Byłem tylko człowiekiem ze swoją słabością, a tą słabością była właśnie Flynn... Jak tu niby się powstrzymać, kiedy był tak blisko?
@The Edge