02.01.2024, 05:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.01.2024, 06:32 przez Ambrosia McKinnon.)
Bardzo chciała myśleć, ze ta jej mina wyniosłej panny wynikała z tego, jak to dobrze się ze sobą czuła. Napatrzyła się na tego typu pozy, chociażby na szkolnych korytarzach, bo zatrważająca ilość ślizgonek opanowała podobne pozy wręcz do perfekcji. Wyglądały wtedy nieziemsko i, cholera, była w stanie uwierzyć że były paniami nie tylko każdej dziewczyńskiej łazienki czy dormitorium, ale też własnego życia.
Ona natomiast, cóż... jej fasada wcale nie powstawała dlatego, że chciała wyglądać lepiej, albo rozpościerać dookoła siebie tę kuszącą aurę chłodu i tajemniczości, która pociągała niektórych. W jej życiu zwyczajnie było zbyt wiele rzeczy nad którymi nie miała kontroli i których nie był w stanie zrozumieć absolutnie nikt inny. Nie przychodził jej do głowy nikt, kogo mogłaby podejrzewać o zmaganie się z okazjonalnym spoglądaniem do limba.
Może dlatego właśnie tak strasznie lubiła jego towarzystwo i jednocześnie tak okropnie się przed nim czasem wzdrygała. Alexander w swoim darze widział przekleństwo, a przez to nie mogła oprzeć się myśli, że zwyczajnie rozumiał. Naturalnie jednak, czasem przypisywała mu o wiele większe umiejętności poznawcze, niż zdawał się przejawiać, ale po pewnym czasie nie była już pewna czy wynikało to z potrzeby posiadania bratniej duszy, czy ze zwykłej, narastającej sympatii. O ile sympatią, tylko sympatią, można było nazwać to, co działo się między nimi. Ale Ambrosia wcale nie chciała nadawać im jakiejkolwiek oficjalnej nazwy. Wzbraniała się od tego, w szczególności przed sama sobą, zwyczajnie wystraszona ze jeśli nazwać to czymkolwiek poważniejszym, to wszystko zaraz legnie w gruzach.
Tupnęła nóżką i aż głupio było się przyznać do tego, że w ogóle to zrobiła, bo była to domena głównie małych dziewczynek, niezmiernie niezadowolonych ze swojego życia, ale taka właśnie w tym momencie była, niezadowolona, szczególnie kiedy postanowił odpowiedzieć jej w tak nonszalancki sposób, ale z drugiej strony to nie mogła spodziewać się po nim niczego innego. Ale na wszystko co święte, jak ona kochała ten jego uśmiech! Znaczy absolutnie nie-kochała, ale niezmiernie przypadał on jej do gustu, bo czuła się wtedy trochę specjalna. Jakby mieli swój tajny kod, którym się porozumiewali (bo przecież mieli, ale wiadomo, każdy czasem wątpił w takie rzeczy).
- Nic w tobie nie lubię aktualnie - żachnęła się urażona jego nieskończoną głupotą, ale nie tak jadowicie i wyniośle, jak to się jej zdarzało czasem. Może nieco bardziej teatralnie i na pokaz, akurat żeby jej tę książkę z dłoni zgrabnie wysupłać. - Nie, chwila - próbowała ją jeszcze złapać, pisnąwszy w sposób osoby, która bardzo stara się pozostać cicho, bo przecież wciąż byli w bibliotece, ale z drugiej strony ciężko jej było w ten sposób się zachować. Wyciągnęła ręce, w naturalny sposób obierając drogę najbardziej w tym wszystkim chyba nieporęczną. Oparła się o niego, przytulając niemal cały ciałem, kiedy jedna z rąk wyciągnęła się w stronę skradzionego tomiku. Niestety jednak, Alexander posiadał ręce długie jak jakiś demimoz, więc była to próba z góry skazana na przegraną. Nie zmieniało to jednak faktu, ze jeśli tylko spróbował tę jakże świetna pozycję przemieścić jeszcze dalej poza zasięg jej dłoni, to oplotła go niczym bluszcz, próbując chociaż odrobinę ograniczyć jego ruchy. Chyba nawet próbowała się z nim nieco siłować, kiedy w pewnym momencie oplotła jego ramię rękoma. - Oddawaj, liczę do trzech - zadarła na niego głowę, zaglądając mu w oczy spod zmarszczonych groźnie brwi. - Raz - rzuciła niemal natychmiast, ostrzegawczo, jednocześnie wciąż trochę próbując mu tę rękę sprowadzić nieco niżej, w zasięg jej własnych, o wiele za krótkich rączek.
Ona natomiast, cóż... jej fasada wcale nie powstawała dlatego, że chciała wyglądać lepiej, albo rozpościerać dookoła siebie tę kuszącą aurę chłodu i tajemniczości, która pociągała niektórych. W jej życiu zwyczajnie było zbyt wiele rzeczy nad którymi nie miała kontroli i których nie był w stanie zrozumieć absolutnie nikt inny. Nie przychodził jej do głowy nikt, kogo mogłaby podejrzewać o zmaganie się z okazjonalnym spoglądaniem do limba.
Może dlatego właśnie tak strasznie lubiła jego towarzystwo i jednocześnie tak okropnie się przed nim czasem wzdrygała. Alexander w swoim darze widział przekleństwo, a przez to nie mogła oprzeć się myśli, że zwyczajnie rozumiał. Naturalnie jednak, czasem przypisywała mu o wiele większe umiejętności poznawcze, niż zdawał się przejawiać, ale po pewnym czasie nie była już pewna czy wynikało to z potrzeby posiadania bratniej duszy, czy ze zwykłej, narastającej sympatii. O ile sympatią, tylko sympatią, można było nazwać to, co działo się między nimi. Ale Ambrosia wcale nie chciała nadawać im jakiejkolwiek oficjalnej nazwy. Wzbraniała się od tego, w szczególności przed sama sobą, zwyczajnie wystraszona ze jeśli nazwać to czymkolwiek poważniejszym, to wszystko zaraz legnie w gruzach.
Tupnęła nóżką i aż głupio było się przyznać do tego, że w ogóle to zrobiła, bo była to domena głównie małych dziewczynek, niezmiernie niezadowolonych ze swojego życia, ale taka właśnie w tym momencie była, niezadowolona, szczególnie kiedy postanowił odpowiedzieć jej w tak nonszalancki sposób, ale z drugiej strony to nie mogła spodziewać się po nim niczego innego. Ale na wszystko co święte, jak ona kochała ten jego uśmiech! Znaczy absolutnie nie-kochała, ale niezmiernie przypadał on jej do gustu, bo czuła się wtedy trochę specjalna. Jakby mieli swój tajny kod, którym się porozumiewali (bo przecież mieli, ale wiadomo, każdy czasem wątpił w takie rzeczy).
- Nic w tobie nie lubię aktualnie - żachnęła się urażona jego nieskończoną głupotą, ale nie tak jadowicie i wyniośle, jak to się jej zdarzało czasem. Może nieco bardziej teatralnie i na pokaz, akurat żeby jej tę książkę z dłoni zgrabnie wysupłać. - Nie, chwila - próbowała ją jeszcze złapać, pisnąwszy w sposób osoby, która bardzo stara się pozostać cicho, bo przecież wciąż byli w bibliotece, ale z drugiej strony ciężko jej było w ten sposób się zachować. Wyciągnęła ręce, w naturalny sposób obierając drogę najbardziej w tym wszystkim chyba nieporęczną. Oparła się o niego, przytulając niemal cały ciałem, kiedy jedna z rąk wyciągnęła się w stronę skradzionego tomiku. Niestety jednak, Alexander posiadał ręce długie jak jakiś demimoz, więc była to próba z góry skazana na przegraną. Nie zmieniało to jednak faktu, ze jeśli tylko spróbował tę jakże świetna pozycję przemieścić jeszcze dalej poza zasięg jej dłoni, to oplotła go niczym bluszcz, próbując chociaż odrobinę ograniczyć jego ruchy. Chyba nawet próbowała się z nim nieco siłować, kiedy w pewnym momencie oplotła jego ramię rękoma. - Oddawaj, liczę do trzech - zadarła na niego głowę, zaglądając mu w oczy spod zmarszczonych groźnie brwi. - Raz - rzuciła niemal natychmiast, ostrzegawczo, jednocześnie wciąż trochę próbując mu tę rękę sprowadzić nieco niżej, w zasięg jej własnych, o wiele za krótkich rączek.