02.01.2024, 22:28 ✶
Niekiedy myślał o sobie jak o groteskowym potworze z obrazów Beksińskiego, błąkającym się pośród friedrichowskich pustkowi. Tylko ktoś taki jak Laurent mógł dostrzec piękno w Perseusie; w jego żałosnej, rachitycznej sylwetce, w sposobie, w jaki utykał na prawą nogę, w krzywym uśmiechu, wpełzającym na jego wargi w czasie tych gorszych dni, gdy choroba dawała o sobie mocniej znać; koślawym grymasie maskującym to, że każdy krok przypominał spacer po rozbitym szkle. Tylko ktoś taki jak on byłby na tyle wrażliwy - ale też i naiwny - by podjąć się próby przedarcia się przez surowość jego fasady, na tyle uparty, by przeć naprzód przez zgniliznę jego duszy i na tyle delikatny, by dotknąć jego roztrzaskanej duszy. Dość już, zatrzymaj się, błagał go w myślach. Nie chcę, abyś się zranił o jej ostre krawędzie.
Ale Perseus jednocześnie pragnął, by właśnie tak się stało; mógłby wówczas opatrzeć każdą z jego ran, ucałować rozciętą skórę od opuszków palców przez knykcie i szczupłe nadgarstki, wokół których zamknąłby swoje dłonie i przyciągnął go do siebie, objął w talii i musnął wargami linię jego żuchwy, przekonałby się o miękkości jego ust, a potem zszedł niżej, obsypał pocałunkami jego grdykę i obojczyki, zsunął koszulę z tych smukłych ramion i całował jego skórę, coraz mocniej i zapalczywiej, zostawiając ślady swoich zębów i krwiste korale siniaków, krzyczące "spójrzcie tylko, on jest mój!". Wstydził się tych fantazji, tak bezpruderyjnych w swej niemoralności. Czuł się jak bezradne dziecko pozostawione bez opieki na ruchliwym targowisku; wokół wirowały obce twarze, dźwięki zlewały się w kakofonię, a wszystkie bodźce były zbyt intensywne, więc krzyczał, głośno i z całej siły, aż bolało gardło i metaliczny smak wypełniał usta i znikąd pomocy, tylko pełne dezaprobaty kręcenie głową przechodniów.
Gdyby czytał w jego myślach, na pewno dałby mu rozgrzeszenie. I przy okazji prosiłby o to samo.
Tak, proszę. Jestem zmęczony, przerażony i zagubiony i tak samo samotny, jak wtedy w Dolinie Godryka. Czuję się pozostawiony sam sobie, choć otaczają mnie ludzie, a za niespełna dwa tygodnie znów stanę przed ołtarzem. Ona jest taka piękna i mądra i pod każdym względem wspaniała, a ja jestem zwykłym durniem, który na nią nie zasługuję i nie rozumiem, dlaczego wybrała właśnie mnie i boję się, że ją stracę, tak jak traciłem wszystkich ważnych dla mnie ludzi. Kiedy nie mogę zasnąć, myślę o tym, że powinienem umrzeć i nie marnować jej życia, ale nie mogę zostawić jej i dziecka, które urodzi się zimą. Daj mi swoje światło, choć jedną maleńką iskierkę, która pozwoli mi przetrwać do następnej wiosny.
Uśmiechnął się do niego osjanicznie i zapisał coś w swoim notesie.
— Być może ulepiono nas z tej samej gliny — rzucił z cichym westchnieniem, chyba bardziej w eter, niż do Laurenta — Szczerze doceniam pańską troskę i uważam, że jej wyrażanie świadczy o tym, że jest pan dobrym człowiekiem, ale powinniśmy nakreślić pewne granice — Dla kogo? Dla niego, czy dla samego siebie, Perseusie?, zapytał złośliwy głos w jego głowie — To ja jestem tutaj, by przynieść panu ukojenie. Jeśli mam panu pomóc, nie mogę być pańskim kolejnym zmartwieniem.
Wciąż był łagodny, wciąż uśmiechnięty, a jednak nie mógł wyzbyć się lęku, że tymi słowami dogłębnie zrani tego i tak wrażliwego młodzieńca, że uszkodzi jakąś delikatną strunę w jego duszy oraz coś bezpowrotnie zniszczy. Z drugiej strony, patrząc na jego drobne ciało, na tę delikatną skórę i wątłe barki, nie miał sumienia dokładać mu kolejnego ciężaru. W momencie, w którym Laurent przekroczył próg tego gabinetu, stał się tonącym, a Perseus ratownikiem. Nawet jeśli niekoniecznie umiał pływać na tych wodach.
— Przyszło nam dorastać w bardzo nieprzystępnym i okrutnym środowisku — pokiwał głową ze zrozumieniem. Kiedy się urodzili, byli niczym młode drzewa; z wiekiem ich gałęzie przycinano, pozbawiano liści, zmuszano do wpasowywania się w ramy cudzych oczekiwań. Pozornie mieli więcej wolności i przywilejów od chwastów rosnących w dziurach w chodniku; w rzeczywistości byli bardziej zniewoleni. Na to nie ma remedium, pomyślał przygnębiony. Albo się do nich dopasujemy, albo wytyczamy własną ścieżkę; najczęściej w przeciwnym kierunku niż ta, którą nam wybrano.
Nazwany aniołem znów pochylił się nad swoim notesem, lecz nic w nim nie zapisał. Nie chciał, aby Laurent zobaczył protest błyszczący w jego oczach; gdyby Perseus miał przyrównać się do jakiejś istoty, z pewnością wskazałby demona, wypełzającego z czeluści rozwartej ziemi. Pokracznego, karykaturalnego, godnego pożałowania. Częścią tej siły, która wiecznie dobra pragnąc, wiecznie czyni zło, parafrazując Goethego.
— Żadne problemy nie są bzdurne i mało znaczące w obliczu innych tragedii. Nie może pan ocalić świata, ale może pan ocalić siebie.
Zapragnął nauczyć go płakać nad różą, bez względu na to, czy płoną lasy.
Ale Perseus jednocześnie pragnął, by właśnie tak się stało; mógłby wówczas opatrzeć każdą z jego ran, ucałować rozciętą skórę od opuszków palców przez knykcie i szczupłe nadgarstki, wokół których zamknąłby swoje dłonie i przyciągnął go do siebie, objął w talii i musnął wargami linię jego żuchwy, przekonałby się o miękkości jego ust, a potem zszedł niżej, obsypał pocałunkami jego grdykę i obojczyki, zsunął koszulę z tych smukłych ramion i całował jego skórę, coraz mocniej i zapalczywiej, zostawiając ślady swoich zębów i krwiste korale siniaków, krzyczące "spójrzcie tylko, on jest mój!". Wstydził się tych fantazji, tak bezpruderyjnych w swej niemoralności. Czuł się jak bezradne dziecko pozostawione bez opieki na ruchliwym targowisku; wokół wirowały obce twarze, dźwięki zlewały się w kakofonię, a wszystkie bodźce były zbyt intensywne, więc krzyczał, głośno i z całej siły, aż bolało gardło i metaliczny smak wypełniał usta i znikąd pomocy, tylko pełne dezaprobaty kręcenie głową przechodniów.
Gdyby czytał w jego myślach, na pewno dałby mu rozgrzeszenie. I przy okazji prosiłby o to samo.
Tak, proszę. Jestem zmęczony, przerażony i zagubiony i tak samo samotny, jak wtedy w Dolinie Godryka. Czuję się pozostawiony sam sobie, choć otaczają mnie ludzie, a za niespełna dwa tygodnie znów stanę przed ołtarzem. Ona jest taka piękna i mądra i pod każdym względem wspaniała, a ja jestem zwykłym durniem, który na nią nie zasługuję i nie rozumiem, dlaczego wybrała właśnie mnie i boję się, że ją stracę, tak jak traciłem wszystkich ważnych dla mnie ludzi. Kiedy nie mogę zasnąć, myślę o tym, że powinienem umrzeć i nie marnować jej życia, ale nie mogę zostawić jej i dziecka, które urodzi się zimą. Daj mi swoje światło, choć jedną maleńką iskierkę, która pozwoli mi przetrwać do następnej wiosny.
Uśmiechnął się do niego osjanicznie i zapisał coś w swoim notesie.
— Być może ulepiono nas z tej samej gliny — rzucił z cichym westchnieniem, chyba bardziej w eter, niż do Laurenta — Szczerze doceniam pańską troskę i uważam, że jej wyrażanie świadczy o tym, że jest pan dobrym człowiekiem, ale powinniśmy nakreślić pewne granice — Dla kogo? Dla niego, czy dla samego siebie, Perseusie?, zapytał złośliwy głos w jego głowie — To ja jestem tutaj, by przynieść panu ukojenie. Jeśli mam panu pomóc, nie mogę być pańskim kolejnym zmartwieniem.
Wciąż był łagodny, wciąż uśmiechnięty, a jednak nie mógł wyzbyć się lęku, że tymi słowami dogłębnie zrani tego i tak wrażliwego młodzieńca, że uszkodzi jakąś delikatną strunę w jego duszy oraz coś bezpowrotnie zniszczy. Z drugiej strony, patrząc na jego drobne ciało, na tę delikatną skórę i wątłe barki, nie miał sumienia dokładać mu kolejnego ciężaru. W momencie, w którym Laurent przekroczył próg tego gabinetu, stał się tonącym, a Perseus ratownikiem. Nawet jeśli niekoniecznie umiał pływać na tych wodach.
— Przyszło nam dorastać w bardzo nieprzystępnym i okrutnym środowisku — pokiwał głową ze zrozumieniem. Kiedy się urodzili, byli niczym młode drzewa; z wiekiem ich gałęzie przycinano, pozbawiano liści, zmuszano do wpasowywania się w ramy cudzych oczekiwań. Pozornie mieli więcej wolności i przywilejów od chwastów rosnących w dziurach w chodniku; w rzeczywistości byli bardziej zniewoleni. Na to nie ma remedium, pomyślał przygnębiony. Albo się do nich dopasujemy, albo wytyczamy własną ścieżkę; najczęściej w przeciwnym kierunku niż ta, którą nam wybrano.
Nazwany aniołem znów pochylił się nad swoim notesem, lecz nic w nim nie zapisał. Nie chciał, aby Laurent zobaczył protest błyszczący w jego oczach; gdyby Perseus miał przyrównać się do jakiejś istoty, z pewnością wskazałby demona, wypełzającego z czeluści rozwartej ziemi. Pokracznego, karykaturalnego, godnego pożałowania. Częścią tej siły, która wiecznie dobra pragnąc, wiecznie czyni zło, parafrazując Goethego.
— Żadne problemy nie są bzdurne i mało znaczące w obliczu innych tragedii. Nie może pan ocalić świata, ale może pan ocalić siebie.
Zapragnął nauczyć go płakać nad różą, bez względu na to, czy płoną lasy.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory