02.01.2024, 22:31 ✶
Cathal nie należał do ludzi, którzy lubili poświęcać się dla innych. I właściwie tego zwykle nie robił. Nie wyświadczał przysług bez powodu. Skłaniały go do nich zwykle sympatia, którą miał raczej wobec jednostek niż całych tłumów, czy możliwość uzyskania wzajemności. McGongall z nim pracowała, znali się już od jakiegoś czasu, całkiem ją lubił i nic go nie kosztowało zabranie jej tutaj, a on mógł kiedyś potrzebować czegoś od niej i też nie zawahałby się o to prosić.
– Możliwe, że ktoś z rodziny Cape też miał dom o podobnej nazwie w okolicy, o którym nie słyszałem – uściślił, co dokładnie miał na myśli. – Ale jeżeli nawet tak, to na pewno leży w ruinie. Gdyby w pobliżu była wielka posiadłość o tej nazwie, to pewnie bym o tym wiedział. Bogate, czarodziejskie rody raczej nie żyją w izolacji od świata – stwierdził z pewnym zamyśleniem. A to oznaczało, że ta rodzina wymarła bardzo dawno temu, Fiona Cape zaś, tak podobna do człowieka, krążyła w okolicach Hogsmeade od setek lat, szukając drogi do domu.
Może gdyby miał wrażliwsze serce, to by go poruszało. Ale nie był człowiekiem skorym do wzruszeń, a to dziecko umarło bardzo, bardzo dawno temu.
– Może kostki są zaklęte albo ktoś je usunął? – zasugerował, wydmuchując kolejny kłąb dymu. Tak naprawdę nie miał pojęcia, czy taka jest prawda. – Chcesz wejść do środka? – spytał, spojrzeniem jasnych oczu omiatając konstrukcję, jakby w próbie oceny, jakie są szanse, że coś akurat teraz postanowi zlecieć im na głowę.
Jego też dziwiło to, jak żywy wydawał się duch. Słyszał różne opowieści, na parę dziwnych duchów się natknął – przynajmniej dwa dość dziwaczne kręciły się po wiosce, którą padali – ale bodaj tylko dwukrotnie miał pewne problemy ze stwierdzeniem od razu, że ma do czynienia z duchem. I w obu tych przypadkach „coś było nie tak”. A tutaj? Dziewczynka naprawdę wyglądała tak… normalnie.
– Jęcząca Marta była, a pewnie dalej jest, przezroczysta i unosi się w powietrzu, jak na ducha przystało. I tak, nastolatka. Chociaż chyba niewiele osób uznałoby ją za biedną. Zmarła dobre kilkadziesiąt lat temu i w Hogwarcie uczniów raczej denerwuje niż wzbudza w nich współczucie.
Jeżeli dobrze łączył fakty, Marta Warren miałaby teraz jakieś czterdzieści trzy lata. Tymczasem pozostawała widmową nastolatką, zawodzącą w szkolnej łazience i ochlapującej innych uczniów wodą. Cathalowi ciężko było traktować ją poważnie: czy w ogóle jak istotę, która czuła, myślała i była… warta przejmowania się.
– Możliwe, że ktoś z rodziny Cape też miał dom o podobnej nazwie w okolicy, o którym nie słyszałem – uściślił, co dokładnie miał na myśli. – Ale jeżeli nawet tak, to na pewno leży w ruinie. Gdyby w pobliżu była wielka posiadłość o tej nazwie, to pewnie bym o tym wiedział. Bogate, czarodziejskie rody raczej nie żyją w izolacji od świata – stwierdził z pewnym zamyśleniem. A to oznaczało, że ta rodzina wymarła bardzo dawno temu, Fiona Cape zaś, tak podobna do człowieka, krążyła w okolicach Hogsmeade od setek lat, szukając drogi do domu.
Może gdyby miał wrażliwsze serce, to by go poruszało. Ale nie był człowiekiem skorym do wzruszeń, a to dziecko umarło bardzo, bardzo dawno temu.
– Może kostki są zaklęte albo ktoś je usunął? – zasugerował, wydmuchując kolejny kłąb dymu. Tak naprawdę nie miał pojęcia, czy taka jest prawda. – Chcesz wejść do środka? – spytał, spojrzeniem jasnych oczu omiatając konstrukcję, jakby w próbie oceny, jakie są szanse, że coś akurat teraz postanowi zlecieć im na głowę.
Jego też dziwiło to, jak żywy wydawał się duch. Słyszał różne opowieści, na parę dziwnych duchów się natknął – przynajmniej dwa dość dziwaczne kręciły się po wiosce, którą padali – ale bodaj tylko dwukrotnie miał pewne problemy ze stwierdzeniem od razu, że ma do czynienia z duchem. I w obu tych przypadkach „coś było nie tak”. A tutaj? Dziewczynka naprawdę wyglądała tak… normalnie.
– Jęcząca Marta była, a pewnie dalej jest, przezroczysta i unosi się w powietrzu, jak na ducha przystało. I tak, nastolatka. Chociaż chyba niewiele osób uznałoby ją za biedną. Zmarła dobre kilkadziesiąt lat temu i w Hogwarcie uczniów raczej denerwuje niż wzbudza w nich współczucie.
Jeżeli dobrze łączył fakty, Marta Warren miałaby teraz jakieś czterdzieści trzy lata. Tymczasem pozostawała widmową nastolatką, zawodzącą w szkolnej łazience i ochlapującej innych uczniów wodą. Cathalowi ciężko było traktować ją poważnie: czy w ogóle jak istotę, która czuła, myślała i była… warta przejmowania się.