— Właśnie to powiedziałem — odbił piłeczkę tonem pełnym rozżarzonego melancholią uśmiechu, brzmiącego zrozumieniem do braku zrozumienia jego pokręconego sposobu odbierania świata. Wahadło jego osobowości trochę przechylało się w różne strony. Przy rodzinie najbardziej trzymał fason, swobodny, znajomy Morpheus, w rytm muzyki utartych partytur. Aby nikt inny nie martwił się na zapas. Poza rodziną zaś nosił dumnie przywilej Niewymownego, przywilej pozostania respektowany w socjecie oraz akceptowanym jako jednostka niespełna rozumu, lub jak mawiali mniej delikatni, szurnięt. Żałoba źle wpływała na trzymanie się uszytych na miarę garniturów konwenansu, zwłaszcza tego dnia. Może to była jakaś koniunkcja, może coś innego wpływało na jego nieco niestabilne zachwianie.
To na pewno kurz Departamentu Tajemnic.
Podczas gdy jego prośba okazała się zbędna, ta pani Bulstrode aż nader adekwatna, bo Morpheus preferował empiryczne doznawanie świata, a dotyk stanowił jedną z najbardziej realnych wersji rzeczywistości. Przynajmniej w kwestii przyszłości. Życie w teraźniejszości jest znacznie bardziej zawiłe, gdy wiedzie się je dwa razy w tym samym czasie i jeszcze zagląda do tego, co może się wydarzyć, może się nie wydarzyć, co może zmienić jedną, nagła decyzja predefiniowana chaosem.
— Los gorszy od śmierci stokroć. Zapomniana i trwająca w uwięzieniu czasu. Żadnej modlitwy, żadnej prośby o uwolnienie oprócz jej krzyku — I kolejna cegła do obalenia muru zwanego następstwem wypadków, bo czy ona żyła tak samo, w tym samym czasie, co oni? Wszystko tak zagmatwane, zamglone. Wypuścił z płuc powietrze, a następnie wyciągnął z kieszeni papierosy, zapalił jednego, zaciągnął się i zaoferował drugiego Florence, chociaż nie sądził, aby paliła.
Przekrzywił głowę, przyglądając się posągowi, po który tutaj przyszli. Nie znał się na łamaniu klątw, bogowie mu świadkiem, że nie był najlepszym czarodziejem w ogóle. Jego umiejętności bardzo mocno zatrzymały się na czasie edukacji Hogwartu, bo nic zaawansowanego nie było mu do życia potrzebne. Przynajmniej do teraz. Może to mugolski kryzys wieku średniego, ta potrzeba, aby znów się rozwijać; albo nostalgia za bardziej przyjaznymi czasami.
Papieros w dwóch palcach, wahadełko oplecione dookoła dłoni, czarna szata i skupione spojrzenie. Usiadł na ciepłej od słońca ziemi, pośród traw, nie dlatego, że chciał ignorować starania Florence. Potrzebował stabilności dla siebie, a już lata temu odkrył, że pozycja stojąca do takich nie należała. Skrzyżował nogi, uniósł wahadełko przed siebie, ale jeszcze nie wróżył. Potrzebował jak najwięcej danych od Florence.
— Czy miała pani już z czymś podobnym do czynienia? Jeśli tak, to jak wyglądało?
Morpheus przyglądał się figurze-niefigurze. Jej włosom, jej ubraniu. Ile lat tu stała? Przyglądał się detalom ubioru, tego, co zostało z ułożenia włosów, gdy biegła przez las, gdy uciekała przed czymś, najpewniej swoim oprawcą. Lub oprawcami. Rozważał też ideę, że sama to zrobiła, w geście samoobrony, niczym uciekająca nimfa przed spętanym żądzą bóstwem, które chciało sobie przywłaszczyć jej ciało dla własnego spełnienia, bez poszanowania godności.
— Nazwę ją Dafne, bo jeśli to nie czarna magia, to może modlitwa ochronna. „Ciężkie odrętwienie ogarnęło jej kończyny, cienka kora zamknęła się na jej piersi, jej włosy zamieniły się w liście, ramiona w gałęzie, jej stopy tak szybkie jeszcze przed chwilą utknęły w wolno rosnących korzeniach, jej twarz zaginęła w baldachimie listowia. Pozostało tylko jej lśniące piękno”.*
*Metamorphoses — Ovid, fragment o przemianie najady Dafne w drzewo laurowe.