Podczas wyjścia do galerii Morpheus testował nową perfumę, którą zakupił z okazji przeżycia pewnej sytuacji w Departamencie Tajemnic, w której brały udział krokodyle, Komnata Śmierci oraz kilku innych Niewymownych, spętanych dziwnym, egipskim artefaktem. Zapach należał do tych jeszcze-nie-modnych, ekscentrycznie eksperymentalnych połączeń woni. Przeszedł już do nut bazy, chociaż nadal pobrzmiewały zielone nuty serca, tworząc bardzo cielesny zapach, melczny, nieco cukrowy i gdzieś na końcu języka jakby dymny. Wszystko stanowiło intymną mieszankę, kuszącą za próg domu, wprost do sypialni tuż po pocałunku przed wejściem, lecz nie miał jeszcze tego fizjologicznego wrażenia namiętności. To ta cukrowa niewinność, mleczna słodycz wymieszana z kwiatami konwalii, stanowiąca błogi balsam na duszy. Trujący balsam. Mleko pasowało zaś do dwóch zapachów.
Herbaty z bergamotką i krwi.
— Panno Lestrange — powitał ją ciepłym głosem, lekko zachrypniętym na zawsze od papierosów, a teraz jeszcze wzbogaconym o brzmienie alkoholu, który podrażnił gardło. Przerwał na chwilę przyglądanie się dziełu, aby spojrzeć na artystkę. Czarne oczy drgały, gdy taksował jej twarz, chyba po raz pierwszy widzianą z tak bliska. Morpheus pojawiał się na bankietach rzadko, raczej kurtuazyjnie na kilka minut, zawsze odpowiednio ubrany, znikał, gdy tylko dało się to uznać za grzeczne, trzymał się cieni. Obecny czy nie, nie robiło to żadnej różnicy, co jednocześnie czyniło go nieznajomym w pewien eterycznie kuszący sposób. Powinno się go znać, ale co się o nim wiedziało? On wiedział na pewno, że panna Loretta ma usta stworzone do tego, aby karmić ją suszonymi daktylami i gronami winogron.
Nie wrócił wzrokiem do obrazu.
— Wygląda, jak sny, które nie dają mi wypocząć nocami. Te, które odrywają mięso z kości i oblewają ciało warstewką potu. Które wypalają moje oczy z każdym sennym oddechem. Czuję, że chciałbym na niego patrzeć jeszcze bardzo długo, a jednocześnie chcę go ukryć pod deskami podłogi, aby nie patrzeć, ale wiecznie słyszeć pod stopami coraz mocniejsze dudnienie jego serca.
Pomimo że mówił o okrutnych rzeczach, o tragicznych wizjach przyszłości, które dręczyły go na jawie i we śnie od dziecka, z jego głosu tchnęła melancholijna rozkosz przeżywania tortury odbioru tego dzieła. Nie drgnął, nawet gdy go dotknęła, co więcej, wydawał się zadowolony z ciepła obecności drugiej osoby, nawet jeśli początkowo oznajmiał sobą, że nie życzy sobie towarzystwa. Jej najwidoczniej było mile widziane, bo nagle toksyna oranżu stała się cynamonową przyprawą od obietnicy. Przyprawą migoczącą w blasku jasności spojrzenia Loretty, którego się nie bał, któremu się nie poddawał. Może dlatego, że nie przeszkadzały mu cienkie nitki sieci Czarnej Wdowy.