Zachwiał się od uderzenia i prawie wywalił. Padł jedynie na jedno kolano, ale to sprawiło, że nie zdołał odpowiednio wycelować zaklęcia i zamaskowanemu mężczyźnie udało się uciec. Spojrzał na Brenne, która przeleciała przez teren i Dumę, który w odpowiednim momencie zmienił swój lot, aby nie znokautować Longbottom. Sam Vincent jedynie zdarł sobie kolano, czego nawet nie poczuł, bo był za bardzo wkurwiony całą tą sytuacją. Chciał go złapać, zaciągnąć do swojego brata i zająć odpowiednio, aby wiedział, że z Prewettami się nie zadziera. Wstał i w kilku krokach dopadł do Brenny, aby pomóc jej się podnieść. Miał nadzieję, że Duma znajdzie ślad tego intruza, ale sam nie zamierzał biegać na oślep i szukać nie wiadomo gdzie innych osób. Jeśli zaatakują lepiej byłoby stać tu razem. Dłoń miał zaciśniętą w pięść jakby chciał się na tym wyładować.
Jego wzrok padł na Aurorkę i skinął głową, a następnie wskazał palcem mniej więcej miejsce skąd szedł mężczyzna.
– Nie wiem dokładnie, bo zobaczyłem go w połowie drogi. Idiota założył białą maskę w nocy. Rezolutni to oni nie są – prychnął nadal uważnie rozglądając się dookoła, ale wszystko wyglądało jak nienaruszone, jakby przed chwilą nie było u nikogo, a cała ta sytuacja była jedynie głupim marazmem.
– Powinienem o tym powiedzieć mojemu bratu. Nie będzie zadowolony, że ktoś zaatakował Laurenta – mruknął, a jego spojrzenie powędrowało do Brenny, bo wiedział, że jej rodzina nie przepadała za jego własną, a Edward był szczególnym ekscentrykiem i czasami zbyt pewnym siebie narwańcem. Sam Laurent nie miał pozytywnych relacji ze swoim ojcem, ale cóż. Praca to praca.