03.01.2024, 19:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.01.2024, 20:22 przez Brenna Longbottom.)
– Nic mi nie jest. Dzięki – zapewniła tylko, starannie skrywając frustrację, jaką czuła na myśl o tym, że dali draniowi uciec. Do licha, była zajęta kichaniem, kiedy ktoś tutaj się skradał. Czy mogła spierdolić sprawę jeszcze bardziej? Przyjęła pomoc Vincenta w staniu, głównie dlatego, że odmowa byłaby po prostu niegrzeczna: była trochę poobijana, ale na szczęście nie stało się nic poważnego.
Odetchnęła, starając się odepchnąć od siebie irytację. Co się stało, to się nie odstanie. Pozostawało się cieszyć, że ten człowiek nie zastał tutaj Laurenta samego.
– O ile zechce cię posłuchać. Zdawał się zdeterminowany tu wrócić – mruknęła Brenna. Jeżeli ktoś z nich mógł przekonać Prewetta, to pewnie właśnie Victoria. Bo chociaż Longbottom wolałaby widzieć chłopaka w jakimś bezpiecznym miejscu, nie miała przecież prawa do czegokolwiek go zmuszać czy nawet nakłaniać. Mogła co najwyżej spróbować mieć oko na okolicę… – Jeśli z Biura nie przyznają oficjalnej ochrony, a on postanowi się stąd nie ruszać, mogłabym poprosić, żeby dał mi jakiś czas zostać w New Forest w pokoju gościnnym, by nie był tu sam, ale nie wiem, czy się zgodzi i to i tak nie rozwiąże problemu.
Nikt nie mógł zabronić jej siedzieć w czasie wolnym u znajomego. Problem polegał jednak po pierwsze na tym, że Laurent raczej wolałby mieć pewnie spokój. I na tym, że właśnie byłby to "czas wolny". Musiała chodzić do pracy, tutaj mogłaby wpadać jedynie po godzinach, pomijając już to, że jedna osoba nie zrobi wielkiej różnicy, bo Brenna nie mogła mieć stale oczu dookoła głowy. I tak, to miała zamiar zaproponować całkowicie poza służbowo, jako koleżanka, jeżeli Biuro Aurorów uzna, że nie ma podstaw albo dostatecznej ilości ludzi, aby pilnować jakiegoś tam rezerwatu. Chociaż pojawienie się naśladowcy raczej tworzyło pole do obaw. Poprzednio ścigali po prostu mugolaka, nie był to atak wymierzony w Prewetta, ale tym razem? Przecież nikt nie wpadł sobie po prostu na spacer...
Oby Laurent po prostu dał się przekonać Victorii.
- Nie chciałam, żeby brzmiało to jak pouczenie. Przepraszam - odparła po prostu Brenna. W tym wypadku raczej ot stwierdziła oczywistość, naprawdę nie chciała niczego negować, chociaż prawda była taka... że faktycznie w głębi ducha nie ufała, że Victoria jest naprawdę dobrą aurorką. Czarodziejką, pracownicą, pewnie, ale nie aurorką, łowczynią czarnoksiężników. Och nie, nie pod tym względem, że podejrzewałaby, że ta nie napisze odpowiednich raportów albo że nie zadba o bezpieczeństwo Laurenta na tyle, na ile to możliwe. W to, że tym Lestrange zajmie się doskonale, wierzyła bez zastrzeżeń. Raczej znając siłę wpływów rodziców na kobietę bała się, że ta na pewne rzeczy przymknęłaby zwyczajnie oka, gdyby uznała, że tak jest dla niej wygodnie albo leży to w interesie jej rodziny... Brenna po prostu nie mogła uważać za dobrego aurora kogoś z takim podejściem. I nawet nie dlatego, że gdyby coś takiego wyszło na jaw, to aurora nie tylko wywalono by ze służby, ale też pewnie postawiono przed sądem, bo przecież sama siebie powinna dawno aresztować za rzeczy, które wyrabiała.
Z powodu Beltane. Z powodu wszystkich ludzi, którzy ginęli. I bo to wspierało Voldemorta, a że osób z takim podejściem było pewnie sporo, stawało się elementem sprawiającym, że Ministerstwo przegrywało, że Voldemort mógł wygrać.
Że ginęli tacy ludzie jak Jason i Derwin.
Na pewno jednak nie chciała nikomu spoza Zakonu pokazywać zbyt dosadnie, jakie ma zdanie na ten temat. Zwłaszcza, że odkąd Victoria wbiegła w płomienie podczas Beltane, Brenna nie była już pewna, czy słusznie ją o coś takiego podejrzewała. I miała przez to wyrzuty sumienia.
– Jasne – odparła krótko na słowa Vincenta. Prewettowie i Longbottomowie może nie dogadywali się może zwykle, ale ani myślała próbować sugerować Vincentowi, że ma kryć coś takiego przed bratem. Zwłaszcza, że ten i tak mógłby dowiedzieć się w inny sposób. To nie było coś, w co miałaby prawo się wtrącać. Może Laurent wolałby utrzymać to w tajemnicy, ale to już powinni uzgodnić między sobą.
Myśl o tym, że może sama w takim razie powinna pogadać z Edwardem, miała przyjść jej do głowy dopiero za jakiś czas.
- Też rozejrzę się po okolicy. Pracę i tak zaczynam dopiero za dwie godziny - stwierdziła, po chwili krótkiego zastanowienia, co jest pilniejsze: posłanie samej paru wiadomości, czy sprawdzenie terenów New Forest. Wprawdzie skoro mężczyzna się deportował, z dużym prawdopodobieństwem przybył tutaj tą samą drogą, ale Victoria miała rację. Mógł ukryć się w pobliżu i ich obserwować. Ktoś mógł w tej chwili podkradać się pod dom Vincenta. Możliwości było mnóstwo. Nie wspominając o tym, że wiadomości pewnie będzie bezpieczniej napisać później z Warowni, a stąd raczej żadne z nich nie ruszy się, póki list nie dotrze do Harper, i nie nadejdzie jakaś odpowiedź…
Po tych słowach kobieta znów zmieniła się w wilka. Potrzasnęła łbem, a potem pobiegła w las, w inną stronę niż Duma. Kierowała się w okolice domu Vincenta Prewetta, chcąc sprawdzić, czy ktoś nie kręcił się w tamtej okolicy. Węszyła w powietrzu, w poszukiwaniu nowych, podejrzanych zapachów i…
…miała wielką nadzieję, że tym razem nie natknie się już na żaden rumianek.
Odetchnęła, starając się odepchnąć od siebie irytację. Co się stało, to się nie odstanie. Pozostawało się cieszyć, że ten człowiek nie zastał tutaj Laurenta samego.
– O ile zechce cię posłuchać. Zdawał się zdeterminowany tu wrócić – mruknęła Brenna. Jeżeli ktoś z nich mógł przekonać Prewetta, to pewnie właśnie Victoria. Bo chociaż Longbottom wolałaby widzieć chłopaka w jakimś bezpiecznym miejscu, nie miała przecież prawa do czegokolwiek go zmuszać czy nawet nakłaniać. Mogła co najwyżej spróbować mieć oko na okolicę… – Jeśli z Biura nie przyznają oficjalnej ochrony, a on postanowi się stąd nie ruszać, mogłabym poprosić, żeby dał mi jakiś czas zostać w New Forest w pokoju gościnnym, by nie był tu sam, ale nie wiem, czy się zgodzi i to i tak nie rozwiąże problemu.
Nikt nie mógł zabronić jej siedzieć w czasie wolnym u znajomego. Problem polegał jednak po pierwsze na tym, że Laurent raczej wolałby mieć pewnie spokój. I na tym, że właśnie byłby to "czas wolny". Musiała chodzić do pracy, tutaj mogłaby wpadać jedynie po godzinach, pomijając już to, że jedna osoba nie zrobi wielkiej różnicy, bo Brenna nie mogła mieć stale oczu dookoła głowy. I tak, to miała zamiar zaproponować całkowicie poza służbowo, jako koleżanka, jeżeli Biuro Aurorów uzna, że nie ma podstaw albo dostatecznej ilości ludzi, aby pilnować jakiegoś tam rezerwatu. Chociaż pojawienie się naśladowcy raczej tworzyło pole do obaw. Poprzednio ścigali po prostu mugolaka, nie był to atak wymierzony w Prewetta, ale tym razem? Przecież nikt nie wpadł sobie po prostu na spacer...
Oby Laurent po prostu dał się przekonać Victorii.
- Nie chciałam, żeby brzmiało to jak pouczenie. Przepraszam - odparła po prostu Brenna. W tym wypadku raczej ot stwierdziła oczywistość, naprawdę nie chciała niczego negować, chociaż prawda była taka... że faktycznie w głębi ducha nie ufała, że Victoria jest naprawdę dobrą aurorką. Czarodziejką, pracownicą, pewnie, ale nie aurorką, łowczynią czarnoksiężników. Och nie, nie pod tym względem, że podejrzewałaby, że ta nie napisze odpowiednich raportów albo że nie zadba o bezpieczeństwo Laurenta na tyle, na ile to możliwe. W to, że tym Lestrange zajmie się doskonale, wierzyła bez zastrzeżeń. Raczej znając siłę wpływów rodziców na kobietę bała się, że ta na pewne rzeczy przymknęłaby zwyczajnie oka, gdyby uznała, że tak jest dla niej wygodnie albo leży to w interesie jej rodziny... Brenna po prostu nie mogła uważać za dobrego aurora kogoś z takim podejściem. I nawet nie dlatego, że gdyby coś takiego wyszło na jaw, to aurora nie tylko wywalono by ze służby, ale też pewnie postawiono przed sądem, bo przecież sama siebie powinna dawno aresztować za rzeczy, które wyrabiała.
Z powodu Beltane. Z powodu wszystkich ludzi, którzy ginęli. I bo to wspierało Voldemorta, a że osób z takim podejściem było pewnie sporo, stawało się elementem sprawiającym, że Ministerstwo przegrywało, że Voldemort mógł wygrać.
Że ginęli tacy ludzie jak Jason i Derwin.
Na pewno jednak nie chciała nikomu spoza Zakonu pokazywać zbyt dosadnie, jakie ma zdanie na ten temat. Zwłaszcza, że odkąd Victoria wbiegła w płomienie podczas Beltane, Brenna nie była już pewna, czy słusznie ją o coś takiego podejrzewała. I miała przez to wyrzuty sumienia.
– Jasne – odparła krótko na słowa Vincenta. Prewettowie i Longbottomowie może nie dogadywali się może zwykle, ale ani myślała próbować sugerować Vincentowi, że ma kryć coś takiego przed bratem. Zwłaszcza, że ten i tak mógłby dowiedzieć się w inny sposób. To nie było coś, w co miałaby prawo się wtrącać. Może Laurent wolałby utrzymać to w tajemnicy, ale to już powinni uzgodnić między sobą.
Myśl o tym, że może sama w takim razie powinna pogadać z Edwardem, miała przyjść jej do głowy dopiero za jakiś czas.
- Też rozejrzę się po okolicy. Pracę i tak zaczynam dopiero za dwie godziny - stwierdziła, po chwili krótkiego zastanowienia, co jest pilniejsze: posłanie samej paru wiadomości, czy sprawdzenie terenów New Forest. Wprawdzie skoro mężczyzna się deportował, z dużym prawdopodobieństwem przybył tutaj tą samą drogą, ale Victoria miała rację. Mógł ukryć się w pobliżu i ich obserwować. Ktoś mógł w tej chwili podkradać się pod dom Vincenta. Możliwości było mnóstwo. Nie wspominając o tym, że wiadomości pewnie będzie bezpieczniej napisać później z Warowni, a stąd raczej żadne z nich nie ruszy się, póki list nie dotrze do Harper, i nie nadejdzie jakaś odpowiedź…
Po tych słowach kobieta znów zmieniła się w wilka. Potrzasnęła łbem, a potem pobiegła w las, w inną stronę niż Duma. Kierowała się w okolice domu Vincenta Prewetta, chcąc sprawdzić, czy ktoś nie kręcił się w tamtej okolicy. Węszyła w powietrzu, w poszukiwaniu nowych, podejrzanych zapachów i…
…miała wielką nadzieję, że tym razem nie natknie się już na żaden rumianek.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.