Myśli. Krążyły wokół wspomnień, tych dobrych, sielankowych, łatwych i delikatnie raniących, tnących serce i emocje skierowane do mężczyzny obok niej. Nie wiedziała jak miała się zachować, jak miała przemyśleć to wszystko, tę sytuacje. Chciała płakać, a w gardle tworzyła się cholernie bolesna gula, więc milczała. To w końcu potrafiła robić najlepiej, nic nie mówić, nie odzywać się, nie kusić swojego serca do robienia głupot. I tak posunęli się już za daleko, za bardzo weszli w tę relację, która nie powinna istnieć. Jej głowa cały czas analizowała jego zachowanie, jego słowa, jego gesty, jego dotyk. Ciało ciągle pragnęło tego, aby w końcu spełniło się to cholerne pożądanie, a serce chciało zaznać już spokoju, głowa wyobrażała sobie, że naprawdę mogliby się zaszyć w jakiejś małej wiosce w górach, z dala od znajomych twarzy i rodziny. Mogliby tam tworzyć szczęśliwą parę na kłamstwa, na zgliszczach dawnego życia, a wtedy przychodziło jej sumienie i wszystko niszczyło, paliło pożogą wyrzutów i błędów jakim byłoby to życie. Pojawiała się w jej głowie smutna, gromadka jego dzieci, zawiedziona żona i zdradzone wartości. Wolała tego nie robić, wolała sobie dać spokój. Dlaczego on musiał mieć żonę, dlaczego nie mógł być wolny i dlaczego tak uparcie wmawiał jej, że jest dla niego ważna?
Słowa. Potrafiły bardzo mocno ranić, potrafiły bardzo mocno mącić i jego zrobiły właśnie obie rzeczy. Zmąciły jej spokój i umysł, zraniły jej serce i wartości. Bała się tego, co mogłoby się stać, gdyby nie była tak bardzo silna. Obawiała się swoich wyrzutów sumienia, które i tak już mocno paliły ją w klatce piersiowej, a wstyd wypalał jej rumieńce na policzkach. Było jej coraz bardziej słabo, ciepło i nie przyjemnie. Dlaczego nie potrafiła mu powiedzieć, nara Rookwood, do zobaczenia nigdy – te słowa nie chciały przejść przez jej gardło, zaciskały się i niszczyły jej głowę, ale świadomość, że już nigdy go nie zobaczy i nie usłyszy powodowała, że zaczynała wpadać w panikę.
Altana w jej głowie była kotwicą, bo wtedy byli w stanie sobie nie ulegać, nadal się kłócić, a też była wspomnieniem tego, że on chciał naprawdę przyjaźni, a nie romansu. Wszystko zmieniło się z czasem, gdy zaczynali sobie uświadamiać jak bardzo za sobą tęsknili. Jak ona uświadamiała sobie, że nie potrafiła wejść w stały związek, bo w jej sercu cały czas błąkał się Rookwood. Była też metaforą pożegnania, nowego początku. Tam mogliby zacząć tę znajomość od nowa.
– Dlaczego tak uważasz? Zawsze robię coś głupiego, nieodpowiedniego, nie są to zachowania lekkomyślne, bo nie działam pod impulsem, wszystko muszę zaplanować, nawet naszą przyjaźń psuje, nawet to co do ciebie czuje nie jest w stanie pokonać mojej obsesji na punkcie planowania. To ty powinieneś się wstydzić tego, że się lubimy, a nie ja. Ja nie mam żony i dzieci, a jednak czuję się winna, czuję, że powinnam być bardziej podła, bo ty nie jesteś w stanie tego zrobić – wyrzuciła z siebie idąc spokojnie. Jej głos lekko drżał, ale nie chciała mówić nic złego, chciała naprawdę zrozumieć to wszystko i spróbować poczuć się lepiej. – Może zmieńmy temat, może jeszcze o tym nie rozmawiajmy – dodała szybko, a jego jakiekolwiek próby ciągnięcia tego tematu szybko kończyła cichym ciii.
– Pamiętasz tą opuszczoną salę z widokiem na Zakazany Las? Był tam ogromny witraż przedstawiający las, był złożony z różnych odcieni zielonego i wyglądało tam tak malowniczo, gdy była pełnia księżyca i świeciła bezpośrednio przez te szybki. To właśnie mój ulubiony kolor. Ta zieleń przenikająca przez witraże lasu – odpowiedziała dosyć wylewnie, aby zagłuszyć myśli.