03.01.2024, 23:47 ✶
Było to na swój sposób zabawne; ta ostrożność w nieostrożności, to udawanie, że nic nie łączy go z tym człowiekiem (w pewnym sensie tak było - jeszcze kilka dni temu nie wiedzieli o swoim istnieniu, jeszcze przed świtem najprawdopodobniej o sobie zapomną) i długie, tęskne spojrzenia rzucane mu przez ramię. Gdybyśmy byli w Paryżu, myślał kuląc się w porywistym wczesnowiosennym wietrze; miał wrażenie, że zima wyjątkowo długo nie odpuszczała w tym roku, gdybyśmy tylko tam byli, bez lęku, że ktoś mnie rozpozna, przylgnąłbym do ciebie, ogrzał się twoim ciepłem i pozwolił całować na środku ulicy...
Crow mógł nazwać to wstydem, Perseus pragmatycznością, lecz tak naprawdę kierował nim strach; obawa przed ojcem i tym, co mógł zrobić, jeśli dowiedziałby się o tym, kim naprawdę jest jego najmłodszy syn. Nie chciał być kolejną wypaloną plamą na rodowym gobelinie, a jednocześnie nie potrafił wpasować się w sztywne ramy stylu życia, jakie narzucono mu z racji urodzenia. Trwał więc w ciągłym zawieszeniu pomiędzy wypada, a tabu; zamknięty pomiędzy tym, kim był i tym, kim być chciał, stając się człowiekiem coraz bardziej gorzkim i nieszczęśliwym. Tylko wieczory jak ten, spędzane w obcych objęciach w cuchnących dymem spelunach, albo hotelowych pokojach stanowiły chwilowe remedium. Jak eliksir, który uśmierzał ból i pozwalał zasnąć, lecz następnego dnia musiałeś zażyć jeszcze większą dawkę.
Miał nadzieję, że ten krótki spacer pozwoli mu nieco wytrzeźwieć; być może częściowo się udało, bowiem myśli stały się bardziej wartkie i krok mniej niepewny, ale kiedy próbował wsadzić klucz od hotelowego pokoju do zamku, okazało się, że miał z tym wielki problem. Przez moment obawiał się, że jego towarzysz się rozmyśli, więc starał się nie patrzeć na Crowa, jednocześnie czując, jak pąsowieją mu policzki. Wreszcie znaleźli się w środku, w pomieszczeniu przypominającym pokój z przybytku Franka, jednak pozbawionym tej sztucznej kiczowatości - wszystko tutaj było wyważone, dobrej jakości i pasujące do siebie. Parkiet w jodełkę, tapeta we francuskie lilie, ciężkie kotary zasłaniające okna, wysoki sufit ozdobiony sztukaterią, upstrzony kryształowym żyrandolem i duże łoże baldachimem; olśniewające i oszałamiające.
To prawda, że Crow nie pasował do tego miejsca. Był jak wypalona papierosem dziura w jedwabnej koszuli; burząca estetykę i wprowadzająca zamęt, ale Perseus miał słabość do chaosu, do niepoprawności i wszelkich odstępstw od tego, co być powinno, o czym świadczyć chociażby mogły puste butelki na stole, koszule niedbale przewieszone przez oparcia foteli i inne części garderoby wypełzające z otwartych podróżnych kufli, a także książki i papiery rozrzucone po każdym kącie. Uśmiechnął się więc do niego i ujął jego twarz w swoje dłonie, ale nim zdążył cokolwiek powiedzieć, mężczyzna złapał go za koszulę i przyciągnął mocniej. Mógł więc tylko wydać z siebie zaskoczone westchnienie i rozchylić wargi, a później dołączyć swój język do rozgorączkowanego tańca.
Płaszcz zsunął mu się z ramion i wylądował na podłodze, a wraz z nim resztki nieśmiałości i pozorów. Dotykał go teraz; wsuwał chłodne dłonie pod materiał jego bezczelnie krótkiej koszuli, badał mięśnie brzucha napinające się pod wpływem jego dotyku, a potem zaczął wędrować niżej, ku pasowi, zahaczył palcem wskazującym o sprzączkę i zaraz się wycofał, wsuwając palce w jego włosy.
— Widziałem kolor twojej duszy — oderwał się od jego ust tylko po to, by mu to powiedzieć; oddech miał przy tym płytki, a w oczach tliły się iskierki pożądania — Jest piękna. I ty jesteś piękny.
Znów go pocałował, tym razem dyskretnie ciągnąć go w stronę łóżka zdecydowanie zbyt wielkiego dla jednej osoby.
Crow mógł nazwać to wstydem, Perseus pragmatycznością, lecz tak naprawdę kierował nim strach; obawa przed ojcem i tym, co mógł zrobić, jeśli dowiedziałby się o tym, kim naprawdę jest jego najmłodszy syn. Nie chciał być kolejną wypaloną plamą na rodowym gobelinie, a jednocześnie nie potrafił wpasować się w sztywne ramy stylu życia, jakie narzucono mu z racji urodzenia. Trwał więc w ciągłym zawieszeniu pomiędzy wypada, a tabu; zamknięty pomiędzy tym, kim był i tym, kim być chciał, stając się człowiekiem coraz bardziej gorzkim i nieszczęśliwym. Tylko wieczory jak ten, spędzane w obcych objęciach w cuchnących dymem spelunach, albo hotelowych pokojach stanowiły chwilowe remedium. Jak eliksir, który uśmierzał ból i pozwalał zasnąć, lecz następnego dnia musiałeś zażyć jeszcze większą dawkę.
Miał nadzieję, że ten krótki spacer pozwoli mu nieco wytrzeźwieć; być może częściowo się udało, bowiem myśli stały się bardziej wartkie i krok mniej niepewny, ale kiedy próbował wsadzić klucz od hotelowego pokoju do zamku, okazało się, że miał z tym wielki problem. Przez moment obawiał się, że jego towarzysz się rozmyśli, więc starał się nie patrzeć na Crowa, jednocześnie czując, jak pąsowieją mu policzki. Wreszcie znaleźli się w środku, w pomieszczeniu przypominającym pokój z przybytku Franka, jednak pozbawionym tej sztucznej kiczowatości - wszystko tutaj było wyważone, dobrej jakości i pasujące do siebie. Parkiet w jodełkę, tapeta we francuskie lilie, ciężkie kotary zasłaniające okna, wysoki sufit ozdobiony sztukaterią, upstrzony kryształowym żyrandolem i duże łoże baldachimem; olśniewające i oszałamiające.
To prawda, że Crow nie pasował do tego miejsca. Był jak wypalona papierosem dziura w jedwabnej koszuli; burząca estetykę i wprowadzająca zamęt, ale Perseus miał słabość do chaosu, do niepoprawności i wszelkich odstępstw od tego, co być powinno, o czym świadczyć chociażby mogły puste butelki na stole, koszule niedbale przewieszone przez oparcia foteli i inne części garderoby wypełzające z otwartych podróżnych kufli, a także książki i papiery rozrzucone po każdym kącie. Uśmiechnął się więc do niego i ujął jego twarz w swoje dłonie, ale nim zdążył cokolwiek powiedzieć, mężczyzna złapał go za koszulę i przyciągnął mocniej. Mógł więc tylko wydać z siebie zaskoczone westchnienie i rozchylić wargi, a później dołączyć swój język do rozgorączkowanego tańca.
Płaszcz zsunął mu się z ramion i wylądował na podłodze, a wraz z nim resztki nieśmiałości i pozorów. Dotykał go teraz; wsuwał chłodne dłonie pod materiał jego bezczelnie krótkiej koszuli, badał mięśnie brzucha napinające się pod wpływem jego dotyku, a potem zaczął wędrować niżej, ku pasowi, zahaczył palcem wskazującym o sprzączkę i zaraz się wycofał, wsuwając palce w jego włosy.
— Widziałem kolor twojej duszy — oderwał się od jego ust tylko po to, by mu to powiedzieć; oddech miał przy tym płytki, a w oczach tliły się iskierki pożądania — Jest piękna. I ty jesteś piękny.
Znów go pocałował, tym razem dyskretnie ciągnąć go w stronę łóżka zdecydowanie zbyt wielkiego dla jednej osoby.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory