Miała taką minę, jakby mówiła "aha" na tego gościa, co się z buchorożcem zamienił na rozumy, ale że Sauriel kontynuował – to słuchała. A w miarę słuchania jej brwi wyrażały wszystkie emocje świata: od zniesmaczenia, bo można było dużo bardziej elegancko to powiedzieć, a w zasadzie nie mówić wcale, bo dość jasne było czym był romans z dziwką, niekoniecznie chciała słuchać co tam gość z nią robił w łóżku, albo poza nim i nie interesowało ją przyrodzenie i jego obciąganie jakiegoś zupełnie obcego mężczyzny. Było więc zniesmaczenie i zniecierpliwienie, bo chyba miało to jakiś cel? Najwyraźniej miało, ale opowieść o robieniu loda była chyba tylko dlatego, że Sauriel lubił być wulgarny – choć do tej pory raczej się przy niej hamował. Ale w końcu przeszedł do sedna i wtedy brwi Victorii podjechały wysoooko wysoko, chowając się za grzywką.
- Nasrała mu na łóżko – powtórzyła za nim bezwiednie, jej wzrok pusty, jakby nie było w niej już żadnej duszy. Ewidentnie w środeczku coś umarło. Zamrugała jeszcze ze trzy razy i wypuściła powietrze przez nos, a potem parsknęła uroczo, by sobie w końcu zakryć usta dłonią. Wysoki poziom humoru, proszę państwa – ale żarty toaletowe najwyraźniej bawią najbardziej. A wszystko było z życia wzięte. W końcu nic co ludzkie, nie jest nam obce.
- Nie wiem czy wystarczy. Mavelle i Brenna specjalnie wyjechały za granicę żeby poszukać jakiegoś nekromanty chyba po Durmstrangu i to od niego te informacje. Jest jeszcze to, że najwyraźniej Beltane jest bardzo szczególną datą, bo wtedy granica między naszym światem a Limbo się… zmniejsza, przenika, czy coś tam. I kolejną taką datą jest Samhain. Według tego gościa powinniśmy czegoś spróbować wtedy, tylko że to próbowanie też jest obarczone ryzykiem, że… no wiesz – że umrze próbując "się naprawić", próbując wrócić do normalności i do… życia. Kobieta westchnęła. - Tak mało wiemy… i najwyraźniej ludzie, którzy mogą swobodnie uczyć się nekromancji też wiedzą niewiele. Nie wiem nawet co mamy próbować – ale może nie trafili jeszcze na odpowiednią osobę. Ktoś musiał coś wiedzieć. Voldemort na przykład… wiedział bardzo dużo. Tylko, że Victoria bała się, że nie wystarczy im czasu i szczęścia, by na tę odpowiednią osobę trafić. - W sierpniu chcę pojechać do Afryki. W Uagadou chyba dużo uczą o duchach, może też o Limbo, może trafi się ktoś, kto będzie wiedział cokolwiek więcej… – jeśli Sauriel bał się, że Victoria zaraz się rozpłacze, to chyba mógł być spokojny, bo Victoria mieliła to w głowie już jakiś czas, i poddać się nie zamierzała. Ale samo to, że próba czynnego odwrócenia tego może sprawić, że i tak umrze, nie napawało optymistycznie. I dlatego mówiła mu o trzech miesiącach. Mówiła? Chyba mówiła. Bo liczyła do Samhain. - Taa, Cyna próbowała, pamiętasz? Ona studiowała w Ameryce, wiem, że ciągle szuka informacji, żeby pomóc – ale to była tajemnica i dlatego Victoria słowem nie puściła pary przed Atreusem, Mavelle i Patrickiem. Wiedział to tylko Sauriel, bo przy tym był. Ba, nawet jego energia została do tego użyta. Czy dzięki temu miała odrobinę więcej czasu? Nie wiedziała. - Ale niewymowni? Rozmawiałam z jakimś na początku maja, ale od tamtego czasu… nic. Jak mówiłam, potrzebny jest nekromanta, nawet nie spirytysta. A nekromancja i prawo… w Departamencie Tajemnic chuja zrobią – wiedziała, że Sauriel nie lubił, gdy przeklinała, ale inaczej nie mogła tego nazwać. To nie było tak, że czarnowidziała (no może trochę jednak tak…), ale po prostu karty, jakie los jej rzucił, nie były zbyt dobre. To rozdanie było wyjątkowo kiepskie.
Widziała, że Sauriel się zdenerwował, ale to chyba nie było takie wkurwienie, po którym zacząłby się bić. Zresztą nawet o tym nie myślała, po prostu patrzyła na niego tylko swoimi wielkimi oczami, nie będąc pewna, na ile się otworzyć, ile rzeczy, które kręciło się po tej jej głupiej głowie powiedzieć.
- Ja– – czy pomyślał teraz, że go zdradziła? Że wygadała jego tajemnice o tym paskudnym tatuażu, który zdobił jego przedramię? Nie zrobiłaby tego, ale teraz przeszło jej przez myśl, że on mógł tak pomyśleć. Zanim jednak zdążyła odpowiedzieć jakkolwiek sensowniej, to Sauriel zbliżył się, dość niespodziewanie jak na jej standardy i przyzwyczajenia i przygarnął ją do siebie, sprawiając, że na sekundę, może dwie, zamarła, nim pozwoliła sobie się rozluźnić i uniosła ręce, by i jego objąć w pasie. - Wiesz, że to nie takie proste – wypowiedziała wprost w jego klatkę piersiową, bo tylko tam sięgała. - Dziękuję – znowu. Znowu mu dziękowała, bo mógł zrobić tak naprawdę wszystko – olać to, nawrzeszczeć na nią, pójść sobie… cokolwiek. - A przepraszam bo… próbowałeś… To przeze mnie, tak? Mówiłeś, że jestem twoją inspiracją do życia, a potem… dlatego przepraszam – jak mogła w ten sposób nie myśleć? Ciąg przyczynowo-skutkowy był tutaj jasny i oczywisty – cokolwiek zrobiła, jego to zepchnęło w myśl, że znowu chce zakończyć swoje życie. Bo przecież już kiedyś próbował, tak jej przynajmniej mówił. - Przepraszam.