— Czekałem na ciebie. — Nie byli umówieni, ale tak to już było z Morpheusem czasami. Wiedział, jaką decyzję podejmiesz, zanim to zrobisz. Tym razem wyglądało to tak, że wrócił z Departamentu, zjadł kolację i zamierzał poczytać kilka artykułów, ale wydawało mu się, że Brenna woła go z salonu, więc tam poszedł, zastając jednak tylko pustą przestrzeń, fotele, kanapy, czyściutkie dzięki Malwie stoliczki, miękkie poduszki i zasłony, przyjemnie przerzucony przez parcie koc, książki w stosie, porzucone wydanie Proroka, które ktoś zostawił, zamiast wrzucić do koszyka na gazety. Cisza, nigdy niezmącona dźwiękiem młodej czarownicy, oznaczała tylko jedno, że miał się tu pojawić. Tak więc jeszcze w służbowym ubraniu, powłóczystych czarodziejskich szatach, siedział na kanapie z nogą na nogę, palił papierosa i przekładał wolną ręką karty z kupki na kupkę na stoliczku kawowym.
Strzepnął do popielniczki popiół, trzymając trujący dym w płucach, jak Pytia w Delfach. Kluczowym elementem doświadczenia proroctwa w Delfach było wdychanie oparów, które miały charakter narkotyczny i wywoływały stan ekstazy. Wieszczki, zasiadając na trójnogu nad szczeliną w ziemi, wdychały opary, które się z niej unosiły, co stanowiło kluczowy element rytuału wyroczni. Czymś podobnym dla Morpheusa była nikotyna.
— Pytasz dzika, czy mieszka w lesie. — Sra. Wszyscy wiedzieli, jak szło to głupiutkie powiedzonko, ale Morpheus raczej rzadko wyrażał się wulgarnie, jeszcze rzadziej przy kobietach, nawet jeśli to była Brenna, jego bratanica, którą znał od pieluch (i niejedną zmienił, chociaż przymusowo) i której wciskał kit, że jeśli nie będzie jadła brukselki, nie będzie mogła latać na miotle, bo te latają na gazy trawienne.
W domostwie Longbottomów Morpheus wyglądał tak niepozornie. Nie miał tego raźnego kroku brygadzistów, nie nosił walki w swoich ruchach, a i natura poskąpiła mu wzrostu. Zazwyczaj, gdy był w domu, przestawał się aż tak bardzo prostować, rzeczywiście stając się synem swojej matki. Gdy poruszał się po korytarzami Ministerstwa jednak dużo bardziej przypominał ojca, zdarzyło się mu nawet raz czy dwa razy zostać nazwanym Godrykiem przez starszych czarodziejów, nawet jeśli koloryt włosów i oczu mieli zupełnie inne. Koniec końców jednak był dzieckiem swojej matki dużo bardziej, zwłaszcza od czasu, gdy na jego szyi, pod koszulą, zawisł zmieniacz czasu.
Zgniótł papierosa w popielniczce i wstał otworzyć okno.
— Co cię trapi? Pamiętaj, układaj pytanie jako otwarte, a nie zamknięte. Jak, a nie czy — przypomniał, głównie z przyzwyczajenia, bo znakomita większość osób zapominała, jak się formuje pytania w zależności od sposobu dywinacji oraz narzędzi, a po tym również dało się rozróżnić prawdziwego profetę od szarlatana. Prorokowie to rzecznicy tych, którzy proszą, a nie łasi na pieniądze i sławę bajeranci. Jak niektórzy.